piątek, 12 listopada 2010

polowanie na myśliwych?

Myślistwo, łowiectwo a szeroko pojęta ochrona.
Jakże aktualnym tematem jest ochrona (wszystkiego) w odniesieniu do samego łowiectwa i leśnictwa nie trzeba nikogo przekonywać. Poruszanie tych kwestii jest niezaprzeczalnie potrzebne.

Myślistwo wzbudza obecnie wiele kontrowersji. Jedni uważają, że są to atawistyczne ciągoty i potępiają je, zaś przez drugich postrzegane jest jako "kosztowną zabawę snobów". A wszystko to ze szkodą dla środowiska i tym samym społeczeństwa.

Myśliwi starają się przyjąć postawę obronną, jednak przegrywają z "hałaśliwym walczącym lobby". Nie potrafiąc przedstawić wystarczająco przekonujących argumentów.

Więc jaka jest prawdziwa rola myślistwa we współczesnym świecie? By odpowiedzieć na to pytanie należy się mocno zagłębić, zarówno w ludzką psychikę i w różnorakie dziedziny naukowe.

Broń... jakakolwiek by ona nie była, kojarzy się jednoznacznie negatywnie (m.in. ze zbrodnią, wojną, przemocą, zadawaniem bólu).

Polowanie... głęboko zakorzeniony historycznie związek człowieka z przyrodą, jest bardzo często (aż ciśnie się na usta słowo nagminnie) fałszywie pojmowane przez zarówno myśliwych jak i nie myśliwych. Skąd taka kolej rzeczy? Jest to wynik moralności bądź jej braku, stosunku do przyrody, by w końcu móc powiedzieć o błędnej interpretacji samej "ekologii" różnie rozumianej (najczęściej błędnie, należy odróżnić działania proekologiczne od sensu stricte ekologii).

Sami polujący (jak chociażby ostatnie sprawy "zamordowanych" żubrów i osła norweskich wędrowców) przyczyniają się do negatywnego postrzegania swej "grupy". Nie każda krytyka jest konstruktywna, by przynieść korzyść musi być racjonalna (z czym bywa różnie). Dostarczając tym samym realistycznego a nie utopijnego pojmowania życia. Przecież związek z przyrodą wzbogaca człowieka. Z tego co zauważyłem to gro myśliwych sięga po publikacje "zielonych", śmiem twierdzić, że druga strona niezbyt często otwiera chociażby prasę łowiecką (na łamach której wszelkie żenujące sprawy są głośno potępiane) nie wspominając o tym, że nie znają uwarunkowań prawnych i organizacyjnych (samej złożoności struktury i kto za co odpowiada).


Prawdziwie etyczne polowanie zapewnia możliwość zrozumienia i docenienia życia, złożoności i piękna przyrody.

Niekiedy zbyt powierzchownie, zarówno przeciwnicy jak i oponenci, pojmują przyrodę, tak na prawdę nie rozumiejąc jej. Zatem, gdzie tkwi problem? Nie w myślistwie (jego założeniach) ale w samych myśliwych. choć znajdą się pewnie "fanatycy" zakazu polowania w każdej formie, nie przyjmujący żadnych argumentów po za własnymi.

Aldo Leopold (amerykański przyrodnik i myśliwy) napisał:

"Myśliwy zwykle nie ma żadnej publiczności, która nagradzałaby oklaskami bądź dezaprobowała jego zachowanie. Wszystko to, co czyni jest podyktowane przez własną świadomość, a nie przez widownię".

Uważam, że "tego powinniśmy się trzymać" - tej świadomości i odpowiedzialności za własne poczynania i wpływu ich na inne elementy. Trwa burza nad tematem myślistwa. Nie kryjąc po której jestem stronie, pragnę zabrać głos i przedstawić uznane przeze mnie kluczowe kwestie.


I. Łowiectwo i myślistwo - czy to aby na pewno to samo?

Myślistwo jest nierozerwalnie związane z łowiectwem. Owszem pojęcia te traktowane są zazwyczaj jako synonimy, znacząco "nachodzą" na siebie, ale...

łowiectwo, to zarządzanie terenami łowieckimi i zwierzostanami (odróżnić należy również terminy: zwierzęta a zwierzyna); w świetle prawa: "łowiectwo oznacza ochronę zwierząt łownych i gospodarowanie ich zasobami w zgodzie z zasadami ekologii oraz zasadami racjonalnej gospodarki rolnej, leśnej, rybackiej" (Prawo łowieckie, Dz.U. nr127 z 2005r., poz. 1066)

myślistwo definiuje się jako całokształt zagadnień i zadań wynikających z wykonywania polowania (podchód, tropienie, obserwacja, osaczanie zwierzyny, odstrzał, odłów, preparowanie trofeów, rusznikarstwo myśliwskie, kynologia myśliwska, etyka i kultura).

Tak więc by zajmować się łowiectwem nie trzeba być myśliwym.


II. Istota i cele łowiectwa

Istotą jest zachowanie zasobów przyrody. A co jest w definicji ochrony przyrody, ochrony lasu i ochrony środowiska pojęć jakże często mylonych ze sobą? dla wyjaśnienia:

* ochrona przyrody - (w rozumieniu ustawy z dn. 16 kwietnia 2006 r.) , polega na zachowaniu, zrównoważonym użytkowaniu oraz odnawianiu zasobów, tworów i składników przyrody (pozwolę sobie wymienić 3 z 9 punktów):
1) dziko występujących roślin, zwierząt i grzybów;
2) roślin, zwierząt i grzybów objętych ochroną gatunkową (np. toczy się batalia o wilka, który jest pod ochroną ścisłą, łosia - który nie jest na liście gatunków zwierząt prawnie chronionych, z czego wielu nie zdaje sobie sprawy, a po prostu od 2000 r. trwa nań moratorium , czyli całoroczny okres ochrony, gat. ten ciągle jest na liście zwierząt łownych)
3) zwierząt prowadzących wędrowny tryb życia (głównie ptactwo);
jest to podejście typowo "ochroniarskie" - czynne bądź bierne

** ochrona lasu - jest dziedziną wiedzy leśnej oraz działalnością gospodarczą, mającą na celu zabezpieczenie lasu przed szkodami wyrządzanymi przez czynniki antropogeniczne, abiotyczne i biotyczne (podejście nie "ochroniarskie", jak w przypadku ochrony przyrody, a raczej z punktu gospodarczego / produkcyjnego):

*** ochrona środowiska - ( w świetle Prawa ochrony środowiska z dn. 21  kwietnia 2001 r.)  rozumie się przez to podjęcie lub zaniechanie działań, umożliwiające zachowanie lub przywracanie równowagi przyrodniczej; ochrona ta polega w szczególności na:
a)  racjonalnym kształtowaniu środowiska i gospodarowaniu zasobami środowiska zgodnie z zasadą zrównoważonego rozwoju,
b)  przeciwdziałaniu zanieczyszczeniom,
c)  przywracaniu elementów przyrodniczych do stanu właściwego (i tu pozwolę sobie na ostre ale prawdziwe stwierdzenie, że zawdzięczamy Myśliwym a nie "przykuwającym się do drzew małpom" to , że w naszych lasach są jeszcze m. in. takie zwierzęta jak: żubry, łosie, bobry, rysie, wilki) ;

Mówiąc o ochronie środowiska, nacisk kładzie się na dobro człowieka i jego przyszłych pokoleń.  

Nie trudno nie zauważyć zbieżności w/w definicji z nadrzędnymi celami łowiectwa.

Dawniej celem podstawowym było przetrwanie dzięki zdobyciu mięsa, skóry itd. Dziś kwestia ta nie tyle, że przestała istnieć co zmienił się cel. Stało się nim zachowanie rodzimych gatunków zwierząt (wszystkich), troska o ich kondycję, zdrowotność i zachowanie bioróżnorodności. Dążąc do tego zróżnicowania / zachowując je, przywracamy stan równowagi w ekosystemie bądź staramy się go utrzymać (Konwencja o różnorodności biologicznej z 1992 r - pod pojęciem różnorodności biologicznej rozumie się zróżnicowanie wszystkich żywych organizmów na Ziemi, dotyczy różnorodności wewnątrzgatunkowej, międzygatunkowej i na poziomie ekosystemów.)...

... chodzi również o minimalizowanie konfliktów między człowiekiem a dzikim zwierzętami, które "w imię postępu" narastają (mowa o szkodach rolnych, leśnych, rybackich, roznoszeniu chorób, pasożytów, problemie kolizji drogowych z dzikimi zwierzętami, zachodzącym procesem synantropizacji).

W łowiectwie wyznacza się rozmiar eksploatacji populacji - czyli, czy i ile zwierząt należy lub można usunąć z populacji wolno żyjącej by nie zaburzyć naturalnych procesów zachodzących w danej populacji i tym samym nie zachwiać wspomnianej już wcześniej równowagi ekosystemu.

Pozwolę sobie przytoczyć cele łowiectwa, które wyszczególnił przed ponad 30 laty niemiecki przyrodnik, naukowiec, myśliwy Heribert Kalchreuter:

1. zachowanie rodzimych gatunków zwierząt (wszystkich) - i tu może pojawić się u niektórych osób zarzut w stosunku do wykonywania polowania - "jakto, przecież zwierzęta są zabija przez myśliwych!? jak można mówić o zachowaniu, kiedy się je uśmierca!?" odpowiedź jest prosta (bynajmniej dla mnie) - tak, wykonywanie polowania, a w zasadzie jego zakończenie kończy się śmiercią zwierzęcia, inaczej po prostu być nie może i nie wynika to z "krwiożerczości wynaturzonego człowieka" (tak niestety postrzegani są polujący)

2. utrzymanie i zagospodarowanie "biotopów" umożliwiających egzystencję dzikich zwierząt (tj. np. utrzymanie w kulturze śródleśnych łąk, zakładanie i uprawa poletek łowieckich)

3. zachowanie właściwej jakości osobniczej oraz dobrej zdrowotności osobników (np. poprzez odpowiednią selekcję osobniczą w momencie wykonywania już samego odstrzału w trakcie polowania)

4. ograniczenie szkód oraz zharmonizowanie egzystencji zwierząt z zadaniami rolnictwa, leśnictwa i rybactwa

5. łagodzenie konfliktów między ludźmi i dzikimi zwierzętami

6. wykorzystanie twórczych sił przyrody poprzez użytkowanie populacji zwierzęcych

7. wzbogacanie możliwości konsumpcji poprzez dostarczanie dziczyzny

8. zaspokajanie ludzkich potrzeb kontaktu z przyrodą.

Zatem łowiectwo jest pojęciem zdecydowanie szerszym od myślistwa, które siłą rzeczy zawiera się w nim, gdyż nie jest możliwe oddzielenie polowania, które stanowi jeden ze sposobów realizacji założeń i celów łowiectwa.

Myślistwo jest utożsamiane ze sportem, turystyką, zaspokajaniem atawistycznych potrzeb połączonych z zabijaniem niewinnych zwierząt. Jest to nic innego jak po prostu wulgaryzowanie (choć niektórzy twierdzą, że to prawda).

Nie należy spłycać roli myślistwa jedynie do wykonywania polowania prowadzącego do pozyskania zwierzyny (jej tuszy, trofeum), zapominając o jego roli kulturotwórczej (muzyka, malarstwo, architektura, literatura, rzeźba, plastyka...) w społeczeństwie i dużego znaczenia w gospodarce. wiąże się z tym również znajomość: broni  i balistyki, kynologii, sokolnictwa, trofeistyki, umiłowania tradycji i kultury, etycznego postępowania, znajomości specyficznego języka jakim jest gwara, którą posługują się na codzień myśliwi, specyficzny ubiór, który wyróżnia z tłumu (myśliwego i leśnika rozpoznaje się z daleka).

Dla mnie jest to pewien światopogląd, styl życia, dostarczający niesamowitych doznań i emocji, które wyrażają się m.in. w kolekcjonowaniu trofeów, pieczołowicie preparowanych, szanowanych i eksponowanych - które pozwalają wracać pamięcią do niecodziennych brzasków i zachodów, mgieł nad łąkami i rozlewiskami, spotkań "oko w oko" z dziką naturalną przyrodą.

Należy zdać sobie sprawę, że myślistwo nie przynosi bezpośrednio dochodów osobom je uprawiającym (jak wiadomo należy do dość kosztownych zajęć). Nie chodzi w nim do końca o możliwość konsumpcji dziczyzny czy też pozyskanie trofeum (futra lisa, wieńca jelenia, łopat daniela i łosia, oręża dziczego, liry cietrzewia, itd.), jest to zaledwie albo aż pewien dodatek, "nagroda" za trud jaki wkładają prawdziwi myśliwi-przyrodnicy-hodowcy swymi staraniami w utrzymanie i zachowanie przyrody.

niedziela, 31 października 2010

zaduma...

są takie miejsca, gdzie warto choć chwilę przystanąć i zagłębić się we własne myśli...






to tylko tyle i aż tyle z tego co pozostało z poniemieckiego, obecnie już śródleśnego cmentarzyka, którego granice widoczne są dzięki m.in. porastającej dno lasu roślinności - bluszcz i barwinek pospolity są roślinami "nietypowymi" dla tych siedlisk... to co miało jakąkolwiek wartość zostało rozgrabione, zaś to co wadziło - nie wiedzieć czym - zniszczone... ludzie w zasadzie zapomnieli o tych mogiłach z przed ponad pół wiecza, jedynie "pieczę" nad zmarłymi roztacza swymi grubymi konarami sędziwy dąb (pomnikowy) zwany przez Leśniczego Strażnikiem...

wtorek, 28 września 2010

jesienne szczupaki


już wczesnym wieczorem dało się słyszeć porykiwanie byków, wszak okres rykowiska ma się prawie ku końcowi

ostatnie dni przed powrotem do "szarej codzienności" mijają pod znakiem "obławiania się"

sobota, 25 września 2010

kto rano wstaje, temu...


wrześniowy poranek nad śródleśnym jeziorem obficie mnie obdarował rybami oraz grzybami, których nie sposób było nie zbierać, kiedy same "pchały się pod nogi'... do grona zapalonych grzybiarzy nie należę tym większa moja radość z ilości w koszyku kurek (fachowa nazwa to pieprznik jadalny)...

zapowiada się mała uczta: szczupak w kurkach, okonie w podgrzybkach...

środa, 22 września 2010

"pod jesień było, czas złotych liści nastał"... i nie tylko

kolejny spokojny wieczór spędzony nad wodą

zmierzchowy szczupak 70cm... wziął w ostatnim rzucie, moja "miejscówka" i tym razem mnie nie zawiodła... niesamowite uczucie podebrać taką rybkę bezpośrednio do ręki bez użycia podbieraka


będzie "na czarną godzinę" w akademickiej zamrażarce... ;)

wtorek, 21 września 2010

łania daniela albinos "złowiona na wędkę"...

natknąłem się na nią w trakcie przemieszczania się w czasie wędkowania, nie wykazywała żadnych oznak bojaźni przed "dziwnym stworem w gumowcach po pachy" i "kijem ze sznurkiem"... zdjęcie zrobione komórką... nie spodziewałem się, iż w trakcie łowienia będę miał takie skądinąd ciekawe spotkanie... tak to już zazwyczaj jest, że czaimy się po krzakach, skradamy, podchodzimy możliwie najciszej, maskujemy naszą obecność w otoczeniu jak to tylko możliwe na wszelkie sposoby a i tak efekt mizerny a tu proszę... czemu nie miałem lustrzanki!?


a to zdjęcie z dzisiejszej "miejscówki", która obdarzyła mnie 5 szczupaczkami i pięknym okoniem (25cm) oraz paroma mniejszymi garbuskami, ryby zbyt małe oczywiście wróciły do wody a ja do domu pełen wrażeń



czwartek, 9 września 2010

kolejna plaga

nie dość, że w lesie pełno grzybiarzy / śmieciarzy (jadąc na wędkowanie zamiast łowienia ryb wyciągałem z wody i zbierałem przy brzegu wszelkiej maści śmieci -np. puszki, butelki, puste foliowe opakowania, wszystko to co było WIELKIM CIĘŻAREM szczególnie po opróżnieniu zawartości a w okolicy wszystkie widziane wcześniej niejadalne grzyby zniszczone po przejściu całej hordy spragnionych natury zwierząt człekokształtnych - sic!),  często z pieskami biegającymi luzem, bo przecież gdzieś zwierzak musi się wybiegać (sic!), to oprócz wałęsających się piesków, które w okresie letnim dostały wakacje od swych dawnych kochanych właścicieli i trafiły na "obóz przetrwania" z pod znaku: radź sobie sam ja wyjeżdżam na urlop (w mojej letniskowej miejscowości takich przypadków ewidentnego porzucenia doliczyłem się 4), to na dodatek w lesie słychać charkot jakże popularnych w obecnej chwili quadów... nawoływania i krzyki w lesie plus odgłos pracy silnika quada nie należą do dźwięków najmilszych uszu, niestety jest to cechą naturalną nie tyle tego środowiska co ludzi, którzy chcą się "zrelaksować" tylko czy aby na pewno w odpowiedni sposób? może lepiej gdyby poszli na jakieś "DISCO-PARTY" bądź koncert "HEAVYMETALOWY"?

nietrudno dojść do wniosku, że największym szkodnikiem jest sam autor tego pojęcia - człowiek ucywilizowany ale niemyślący

warte odwiedzenia www.stopquadom.pl

wtorek, 7 września 2010

weryfikacja...

Po paru dniach od konkursu dzikarzy w Przechlewku, Pasja miała okazję wykazać się w prawdziwej pracy psa myśliwskiego poszukującego rannej zwierzyny...

W jednym z kół łowieckich odbywało się spotkanie inauguracyjne z okazji rozpoczęcia się sezonu polowania na byka jelenia - wszak obecny czas to okres rykowiska. Myśliwi rozlosowali stanowiska (ambony i zwyżki oznaczone nr w poszczególnych rewirach) i po wpisaniu się do książki ewidencji pobytu myśliwych w łowisku ruszyli na indywidualne łowy. Mnie dane było uczestniczyć w tym polowaniu jako sygnalista i osoba towarzysząca jednego znajomego myśliwego. Jako że zawsze staram się mieć psa przy sobie, kiedy to tylko możliwe. tak i tym razem był u mego boku. Nasze miejsce okazało się dość "mało komfortowe", ambona na której zasiedliśmy była "niedokończona". Z dziurawego, źle wyprofilowanego dachu lała się do środka, z góry i przez okno deszczowa woda. Wiatr zacinał prosto w oczy. Ogólnie niezbyt przyjemnie. Po za tym, nasze stanowisko na przeoranym już polu nie wróżyło spotkania nawet z czarnym zwierzem. Żeby to chociaż było ściernisko - to może... Mile pogawędziliśmy ale z racji warunków zrezygnowaliśmy z dalszego posiedzenia i po ok. 1,5 godz. jako pierwsi stawiliśmy się przy ognisku... Nie dane mi było się przy nim ogrzać.

Krótko po nas przyjechało kilka samochodów terenowych, wysiedli myśliwi. Padło krótkie pytanie: "Twój pies chodzi po farbie?". Odpowiedziałem twierdząco. "Bo trzeba sprawdzić jeden strzał do dzika". "Nie ma problemu jesteśmy do dyspozycji". Wyciągnąłem z torby otok i wsiedliśmy do auta niepocieszonego łowcy. W trakcie drogi na miejsce poszukiwań, wypytałem się o reakcję zwierzyny na strzał, czy coś na miejscu zestrzału jest. Odpowiedź była niezbyt obiecująca. Zwierz nie zaznaczył strzału, sam myśliwy nie słyszał też czy było charakterystyczne uderzenie kuli w tuszę. Na zestrzale brak farby (czyli gdzie stała zwierzyna w momencie oddawania strzału).

Jesteśmy na miejscu. Myśliwy pokazuje gdzie stał dzik w momencie oddania strzału z ambony i w jakim mniej więcej kierunku uszedł słowami "o tam, w te krzaki". Rozwijam i przypinam otok do obroży, "odkładam" na chwilę psa a samemu się rozglądam bezskutecznie bo nie widać żadnej farby ani wcisków. Podkładam psa na miejsce wskazanego zestrzału z komendą "szukaj trop!". Pasja nawąchuje, trochę się kręci ale widać, że złapała trop. kieruje się w zakrzaczenia wcześniej wskazane. Przeskakujemy rów i wchodzimy w gęstwinę. Cały czas prowadzi na otoku. Świecę latarką na około "w razie w". Po 20m wyszliśmy z tych chaszczy na starodrzew. (Przyznam się szczerze, że odetchnąłem z ulgą bo kto wie co mogłoby się stać nawet na tak krótkim odcinku. Zła kolejność najpierw robić a potem myśleć ale cóż mądry Polak po szkodzie.) Po kolejnych 20m wskazała świerka o który ranny dzik się otarł pozostawiając nań sporo farby. Pokazuję myśliwemu farbę, a jego wyraz twarzy zdaje się być dość zdziwiony. Do psa mówię tylko "trzymaj trop!" i dalej pracujemy na otoku. Po może 70m doszliśmy do leżącego obok grubej sosny odynaszka - wycinka na oko ok. 70kg. Pies nie "głosił trupa" (nie oszczekiwał), za to golił chyb czarnuchowi. Radość myśliwego ogromna a moja jeszcze większa. Poklepanie psa i powiedzenie "dobry pies", uścisk dłoni w podziękowaniu za pomoc i stwierdzenie "Popatrz i co byśmy zrobili bez psa? Na pewno dzisiaj sam bym go nie znalazł, może na następny dzień jakimś trafem bym wlazł na niego, ale byłoby to za późno, gdyż tusza by się zaparzyła i zmarnowała a tak dzięki dobremu tropowcowi mam odnalezionego dzika".


Odyniec dość tłusty, pomimo że strzelony na łopatkę uszedł ponad 100m nie farbując - jedynie pozostawił ślad otarcia na pniu świerka.

Tak więc pierwszy naturalny postrzałek podniesiony, to nic że praca była tylko na 100-150m i po około godzinie (może trochę krócej nawet), ważne że zakończyła się sukcesem.

Bylem nieco zmęczony ale niezmiernie uradowany niejako faktem potwierdzenia umiejętności pracy mojego psa na tropie i rozpoznania że na nim pracuje. Po oprawieniu tuszy wróciliśmy na posiłek przy ognisku.

kolejny krok...

Po udanym spotkaniu w Przechlewku i namowie Przyjaciół zgłosiłem wachtelkę na konkurs dzikarzy, który odbył się w tym samym miejscu dnia 21 sierpnia. Przez te 2 tygodnie przed konkursem sen z powiek spędzała mi przede wszystkim jedna konkurencja, której powiem szczerze dość się obawiałem i miałem ku temu spore przesłanki z powodu niezależnego charakteru suczki (co jest jej również wielką zaletą) - mianowicie chodzi o "posłuszeństwo".

Słów kilka z regulaminu prób i konkursów pracy psów myśliwskich na temat tej konkurencji:
"Ocenę psa czy grupy psów w konkurencji "posłuszeństwo" przeprowadza się pojedynczo, przed puszczeniem ich do zagrody [z dzikami, gdzie m.in. ocenia się ciętość w stosunku do czarnego zwierza, sposób atakowania zwierzyny, głos, jego donośność i częstotliwość]. Sprawdza się prawidłowość chodzenia przy nodze na smyczy oraz przychodzenie "do nogi!" na rozkaz słowny lub sygnał dźwiękowy (gwizdek lub róg) i zatrzymania się psa idącego luzem na rozkaz "stój!". Nie odwołanie psa przez przewodnika w ciągu 10 minut po zakończeniu pracy w zagrodzie powoduje obniżenie oceny w konkurencji "sposób szukania" o jeden stopień. Reakcja na rozkazy w czasie pracy w zagrodzie oceniana jest w konkurencji "sposób szukania"."

Jak to było w jej przypadku? Po prostu, po zwolnieniu jej z otoku (smyczy) bywało tak, że szybko znajdowała sobie jakikolwiek trop (jaki by on nie był, świeży czy stary) a nie daj boże zwierza i ruszała w gon. Pies wpadał w taki stan, w trakcie którego wydawane polecenia nie docierały. Zresztą wydawanie poleceń kiedy pies jest nadmiernie pobudzony, podniecony i kiedy nie mamy jak nad nim zapanować (nie ma przypiętej linki, nie ma chociażby założonej obroży specjalistycznej (z kolcami [kolczatki,korali itp.], teletaktu); jednym słowem nie ma nad psem jakiejkolwiek kontroli) jest najzwyczajniej zbyteczne, gdyż w ten sposób uczy się, że wydawane komendy mogą być przez niego nie wykonywane - tym samym doprowadzamy do tego, że uczymy psa czegoś zupełnie przeciwnego - nieposłuszeństwa.

Moja wachtelka była (a właściwie ciągle jest) na tyle cwana, że doskonale rozróżniała, kiedy jestem na niej skupiony (to bardzo ważne, być cały czas uważnym w czasie prowadzenia psa) i kiedy mam nad nią pełną kontrolę. Długa linka i kolczatka nie skutkowały, witka również (może trochę przy nauce chodzenia luzem przy nodze, kiedy to wykraczając swoją łopatką poza moje lewe kolano, wystarczyło nie tyle uderzyć psa (nie uznaję metody par force) ale tylko machnąć jej przed nosem jeśli nie reagowała na wcześniej wydane komendy, a po odpowiedniej jej reakcji na hasło "'noga" bądź też klepnięcie w udo dłonią nagroda w postaci smakołyka - (bardziej przychylam się ku metodzie kontrastu, gdzie psa za poprawne wykonanie nagradzamy a za niepożądane zachowanie karcimy). Byłem w kropce. Do teletaktu nie bardzo chciałem się uciekać (po za tym nawet gdybym chciał to i tak takiej możliwości nie miałem w danej chwili; pozwolę sobie wyjaśnić, owy teletakt, to w dużym skrócie "obroża pod napięciem elektrycznym", umożliwiająca na, na prawdę wiele, pod warunkiem odpowiedniego obchodzenia się nią - tak jak ze wszystkim trzeba znać umiar i być rozsądnym).
 

 chmara jeleni, która przynosi szczęście (sprawdzone w praktyce)


Za radą jednej osoby - i tu WIELKIE PODZIĘKOWANIA DLA PATRYCJI - uciekłem się do prostego, aczkolwiek niezwykle skutecznego sposobu na moją psinę. Postaram go pokrótce opisać.

Jesteśmy w sytuacji, kiedy pies nie zareagował na wydaną komendę przywołania (z tym bywał u niej największy problem, po puszczeniu jej luzem i zwolnieniem jej z komend hasłem "biegaj") "noga!" bądź sygnał gwizdkiem (oczywiście wybraliśmy odpowiedni moment na wydanie komendy - pies nie był skupiony bardzo na czymś innym i doskonale "słyszał" ją - pies nie ma tak podzielnej uwagi jak człowiek) - rzucamy w kierunku psa jakiś przedmiot (np. pęczek starych kluczy od drzwi, kamyk, gałąź)- tak by spadło to w jego pobliżu, bądź musnęło go po 4 literach - ważne jest, by nie widział że wykonaliśmy zamach (jeśli zauważył ten ruch, to pod żadnym pozorem nie wykonujemy rzutu! pies nie może wiedzieć, że dzieje się to za przyczyną przewodnika) - nie chodzi o to by psu zrobić krzywdę, ale tylko o to by wywołać u niego reakcję, że jeżeli nie wykona polecenia przewodnika to dzieje się coś nieprzyjemnego dla niego, a jeśli wykona je natychmiast i szybko to jeszcze dostanie za to nagrodę (jest to dalej metoda kontrastu). Ważny jest dystans i moment rzutu - najpierw dajemy szansę wydając komendę przywołania jeśli nie ma pożądanej reakcji rzucamy (np. pies biega szaleńczo niedaleko nas) - ja użyłem do tego zwiniętej kolczatki (w taki sposób by nie zranić psa), dużym plusem był też sam dźwięk wydawany kiedy przedmiot spadał - działał odpowiednio deprymująco.

Wystarczyło 3x uciec się do tej metody w trakcie spaceru, na którym pies był zwalniany z komend hasłem "biegaj" a po paru minutach przywoływany i nagradzany za przyjście smakołykiem i znowu zwalniany z komend hasłem "biegaj" - w ten sposób nauczył się, że na dany sygnał musi wrócić do pana by po chili móc na nowo dalej swobodnie biegać, bo w przeciwnym wypadku dzieje się coś dziwnego i niemiłego.

Z chodzeniem na smyczy między drzewami i luzem między drzewami (slalom) tak by pies mijał je z tej samej strony co przewodnik i "dotrzymując mu kroku" nie było problemu . Zatrzymywanie w ruchu również miała opanowane ale teraz jeszcze bardziej. Tak więc, posłuszeństwo ugruntowało się o tyle o ile bez tłumienia jej popędów.

ELBA z Wdeckiego Parku (Pasja)

W miarę spokojny o konkursowe "posłuszeństwo", przystąpiłem do przypomnienia kolejnego elementu "tropienia po farbie" [krwi z dzika].

"Konkurencja ta przeprowadzana jest tylko na konkursach. Ścieżka długości około 400 metrów ma dwa załamania pod kątem prostym lub rozwartym w dowolnych kierunkach. Po pierwszych 100 metrach robi się łoże [miejsce gdzie ranna zwierzyna zalega by odpocząć], po następnych 200 metrach robi się drugie łoże, od którego psy zgłoszone jako oznajmiacze lub oszczekiwacze puszcza się luzem. Każda ścieżka powinna być oznaczona numerem porządkowym, umieszczonym na jej początku. Tam również powinny znajdować się złom kierunkowy [gałązka wskazująca kierunek uchodzenia postrzałka] oraz tabliczka, na której naniesiono godzinę założenia ścieżki [z tym jak zauważyłem na konkursach bywa różnie, zazwyczaj tabliczka jest ale tej karteczki z naniesioną godziną założenia sztucznego tropu i kto go założył to już nie]. Odstępy między poszczególnymi ścieżkami powinny wynosić nie mniej niż 100 metrów. Zużycie farby (dziczej lub krwi świńskiej uszlachetnionej moczonymi w niej przez minimum 24 godziny narogami dzika [jadalnymi wnętrznościami jak płuca, wątroba, serce, nerki]) na każdą ścieżkę nie powinno przekraczać 0,25 l. Ścieżka powinna być oznakowana w sposób niewidoczny dla  przewodnika, ale tak, by praca psa mogła być kontrolowana przez sędziów. Miejsce „zestrzału” i łoża należy zaznaczyć odsłonięciem ściółki do mineralnej gleby na powierzchni około 0,25 m2. Farba powinna być założona zgodnie z kierunkiem poszukiwania na minimum 2, a nie więcej niż 6 godzin przed naprowadzeniem psa. Położona na końcu ścieżki zwierzyna (dzik) powinna być wypatroszona i zaszyta. Dopuszcza się użycie tuszy niekompletnej, z łbem i rapetami, prawidłowo uformowanej i odpowiedniej świeżości. Pies powinien być prowadzony na miernie naciągniętym otoku i pracować dolnym wiatrem. Przewodnikowi nie wolno oglądać się na sędziów ani oznakowania sfarbowanej ścieżki. [Przypomnę tylko, że ocena odbywa się w skali od 0 do 4.] Po pierwszym ostrzeżeniu przewodnika przez sędziów za oglądanie się na znaki ocenę obniża się o 1 stopień. Przy powtórnym oglądaniu się za oznakowaniem pies otrzymuje ocenę „0”. Samodzielne poprawki w pracy psa są dopuszczalne i nie powodują obniżenia oceny. Jeżeli pies oddali się od śladu tak daleko, że według oceny sędziów nie jest w stanie sam błędu naprawić, może być na polecenie sędziów jeszcze 3 razy ponownie naprowadzony na ślad. Jednak każde nowe naprowadzenie obniża ocenę o 1 stopień.

Psy pracujące na otoku należy dodatkowo sprawdzić, czy nie wykazują skłonności do narzynania lub zakopywania zwierzyny [dyskusyjny zapis regulaminu, bo skoro pies idzie do końca na otoku, to nie dojdzie do sytuacji zniszczenia przez niego tuszy, gdyż przewodnik/mener w porę zareaguje bo doskonale będzie widział reakcję, co innego w przypadku oszczekiwacza czy też oznajmiacza (wyjaśnienie tych terminów w dalszej części) tu taka próba nie budzi we mnie zastrzeżeń]. W tym celu należy odejść od znalezionej zwierzyny w stronę zawietrzną na odległość około 20 metrów i puścić psa luzem do zwierzyny. Nie wpływa na ocenę lizanie i szarpanie sztuki. Psa, który narzyna lub zagrzebuje zwierza, wyklucza się z konkursów. 

Konkurencje dodatkowe - oznajmianie lub oszczekiwanie Udział w konkurencji dodatkowej - oznajmianie lub oszczekiwanie - przewodnik deklaruje przed rozpoczęciem konkursu, w trakcie losowania. Przed podjęciem pracy po farbie przewodnik informuje sędziów o sposobie oznajmiania znalezionej przez psa zwierzyny. W obu przypadkach do drugiego łoża pies wykonuje pracę na otoku. Zachowanie się psa przy wyłożonej zwierzynie obserwuje sędzia lub asystent, z miejsca uniemożliwiającego psu zobaczenie lub zwęszenie go.

Praca oznajmiacza
Od drugiego łoża przewodnik posyła psa z poleceniem odszukania wyłożonej zwierzyny, pozostając z sędzią na miejscu. Pies powinien w ciągu 5 minut od wysłania go, idąc po tropie, odszukać zwierzynę, powrócić do przewodnika i oznajmić w sposób podany przed rozpoczęciem poszukiwania. Po oddaleniu się psa od zwierzyny na odległość 50 metrów znajdujący się przy niej sędzia lub asystent obserwator sygnalizuje, że pies był przy sztuce i wraca. Jeżeli za pierwszym razem pies nie wykona pracy oznajmiacza, można go od drugiego łoża posłać jeszcze raz. Jeżeli pies po raz drugi nie wykona pracy oznajmiacza, można go wziąć na otok i w ten sposób dojść do zwierzyny; powoduje to jednak obniżenie oceny o 1 stopień za pracę na otoku. Za znalezienie zwierzyny po pierwszym wysłaniu, powrót w ciągu 5 minut i poprawne oznajmienie pies otrzymuje ocenę „4”. Jeżeli pracę tę wykona w czasie do 10 minut, otrzymuje ocenę „3”. Po drugim wysłaniu psa i poprawnym oznajmieniu w ciągu 5 minut ocena nie może być wyższa niż „3”, a do 10 minut – wyższa niż „2”. Pies, który w ciągu 10 minut nie wróci do drugiego łoża, nie wykonał konkurencji.

Praca oszczekiwacza
Od drugiego łoża przewodnik posyła psa z poleceniem odszukania zwierzyny. Pies powinien w ciągu 5 minut dojść po tropie do wyłożonej zwierzyny, pozostać w jej bezpośredniej bliskości, oszczekując ją (dopuszcza się krótkie przerwy w oszczekiwaniu) aż do nadejścia przewodnika. Po upływie 5 minut od rozpoczęcia oszczekiwania przewodnik wraz z komisją ruszają w kierunku psa. Jeżeli pies po 5 minutach od zwolnienia go z otoku nie da głosu, to może być w ciągu następnych 5 minut ponownie posłany na trop. Jeżeli w ciągu 10 minut od pierwszego zwolnienia nie dał głosu i nie był przy zwierzynie, może od drugiego łoża wykonać pracę na otoku; uzyskuje wówczas ocenę obniżoną o 1 stopień za pracę na otoku. Jeżeli pies po pierwszym posłaniu oszczekuje odnalezioną zwierzynę do nadejścia przewodnika, może otrzymać ocenę „4”. Po następnym posłaniu, nawet przy poprawnym oszczekiwaniu, ocenę za oszczekiwanie obniża się o 1 stopień. Również jeżeli pies zaprzestał oszczekiwania przed nadejściem przewodnika po pierwszym posłaniu – nie może otrzymać oceny wyższej niż „3”, a po drugim – wyższej niż „2”.Pies, którego w ciągu 10 minut od pierwszego zwolnienia z otoku nie da się przywołać, otrzymuje w konkurencji „tropienie po farbie” ocenę „0”." 

O pracę na tropie byłem zdecydowanie spokojniejszy, gdyż miała okazję potwierdzić swe możliwości na poprzednim konkursie dla tropowców, gdzie koronną konkurencją jest właśnie praca na ścieżce farbowej, zdecydowanie dłuższej i starszej.

wyżeł niemiecki krótkowłosy

Postanowiłem najpierw sprawdzić czy może uda się jej wypracować stary 24 godzinny trop [w swej nie za długiej "karierze przewodnika" miałem okazję prowadzić wyżlicę niemiecką krótkowłosą, która po zaledwie kilku próbach na różnych tropach zdołała wypracować ponad 36-godzinny sztuczny trop długości ok. 800m z dwoma łożami, które wskazała. a jej praca była w stylu wytrawnego starego posokowca (przede wszystkim spokojna), stąd to wyzwanie, które wachtelce i sobie postawiłem). Próba zakończyła się fiaskiem - miałem zbyt wygórowane ambicje w stosunku do możliwości psa na ten czas.


Jeśli coś nie wychodzi lepiej jest cofnąć się parę/parędziesiąt kroków, przypomnieć pewne elementy by móc zrobić kolejne "milowe kroki". Tak też, za tą dobrą radą uczyniłem.

Po kilku dniach położony został trop długości ok. 100m z jednym załamaniem w połowie trasy. Po godzinie podłożony został nań pies... i tu konsternacja - nie chciała go w ogóle podjąć?! Tego samego dnia założyłem drugi trop nieco dłuższy, również z jednym załamaniem. Tak jak poprzednim razem po godzinie została na niego podłożona i... poszła jak po sznurku - nie powiem odetchnąłem z wielką ulgą (choć przyczyn wcześniejszego niepowodzenia nie odkryłem).

Kolejny dzień również pracowity i kolejna ścieżka, tym razem już 3 godzinna i również sukces. Dzień przerwy w tropieniu, wykorzystany na przećwiczenie posłuszeństwa w lesie, z dobrymi efektami. Czwarta z kolei ścieżka prawie 5-godzinna, zgodna z wymogami konkursu tropowców (a więc poprzeczka w stosunku do wymaganego minimum na konkursie dzikarzy wyżej zawieszona). Wypracowana doskonale, tyle że piekielnie szybko przez co "ekspert" (starszy znajomy myśliwy), który miał ocenić naszą pracę nie mógł za nami zbytnio nadążyć ale pomimo tego jej praca na sztucznym tropie zyskała duże uznanie w jego oczach. Kolejnego dnia na ogień idzie włóczka z dziczych narogów, zakładana w taki sposób jaki się stosuje przy układaniu włóczki z ptaka, czy też królika dla aportera (np. labradora, wyżła czy też płochacza) z tą tylko zmianą, że jest ona założona w lesie a nie na polu czy łące [przy braku farby by zachować ciągłość w ćwiczeniu u psa zdolności pracy dolnym wiatrem uważam, że jest to dobry sposób]. Po około czterech godzinach ruszamy i kolejny raz wypracowuje do końca sztuczny trop (włóczka miała długość stosunkowo krótką, bo zaledwie 150m).

Na 4 dni przed konkursem rezygnuję z "treningów psa" (by uniknąć efektu "zmęczenia materiału" i "przetrenowania") tylko czasem przywołując ją na wybiegu naszych psów gwizdkiem i nagradzając smakołykiem za szybką reakcję.

A to krótka relacja z konkursu.

 rozpoczęcie spotkania poprzedzone krótką odprawą

Przed konkurencją posłuszeństwo - jako że miałem ostatni nr - oddaliliśmy się by na spokojnie chwilkę pobiegała i wróciła na przywołanie... owszem pobiegała podnosząc mi ciśnienie niemiłosiernie, wpadła na jakiś trop, szczeknęła i skok do młodnika... tyle ją widziałem.

  losowanie nr - chciałem wylosować numer pierwszy, niestety przypadł mi ostatni (14)

Pomyślałem:  "no ładnie, przyjechałem na konkurs by sprawdzić psa a tu się okaże, że chyba sam będę musiał te dziki w zagrodzie głosić i po tropie również zasuwać z nosem przy ziemi"... zagwizdałem krzyknąłem "noga!" i po najdłuższej dla mnie minucie może dwóch (albo więcej... już sam nie wiem) wróciła... odetchnąłem z ulgą... dałem komendę "zostań" oddaliłem się jakieś 50m zagwizdałem, przybiegła i dostała nagrodę. Udaliśmy się na posłuszeństwo, gdzie jak się później okazało sędzia robił niezłą wstępną selekcję, gdyż wymagał oprócz chodzenia psa na otoku między drzewami i przywołania po spuszczeniu ze smyczy również chodzenia luzem przy nodze - czym trochę się zdziwiłem bo w regulaminie nic o tym nie ma ale na szczęście moja wachtelka była uczona przeze mnie i tego "drobnego" elementu więc nie było problemu. Jak się okazało konkurencja posłuszeństwo, której się dość obawiałem okazała się najprostszą przeszkodą a schody dopiero miały się zacząć. Tego się nie spodziewałem - w zagrodzie "nie podjęła pracy w regulaminowym czasie" (3 psy przed nią również, wchodziliśmy gdzieś może w 2/3 stawki, bynajmniej za połową)... cóż tak bywa...

Po konkursie jeszcze raz ją wpuściłem do dziczej zagrody. Odnalazła dziki, oszczekała i chciała tak jakby odpuścić w tym momencie podszedłem nieco w jej kierunku, dalej głosiła, dziki ruszyły a ona dalej za nimi w głośnym gonie, jednego nawet łapała za "portki"... po akcji zmęczona legła w błotko.

Nie wiem czemu ich nie odnalazła wcześniej... chodziła dość głęboko, widać było że szukała i pracowała z kufą przy ziemi... no ale cóż.... dziki okazały się sprytniejsze zaszywając się gdzieś. Dodać należy, że praktycznie połowa psów wpuszczonych do zagrody "nie podjęła pracy w regulaminowym czasie". Pierwsze owszem pracowały ale im dalej "w las / choć bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie w zagrodę"  tym było "ciemniej / gorzej "..

Spotkałem się z różnymi stwierdzeniami. Jedni mówili o tym, że to po prostu młode psy, które potrzebują jeszcze trochę czasu by nabrać doświadczenia. Drudzy z kolei twierdzili, że (i tu cytat): "na takim [małym - w domyśle] areale pies nawet ślepy powinien wpaść na te dziki.Pod warunkiem,że chciałby szukać ich.". Inni (i tu kolejny cytat):  "(...) psy "ślepe ciekacze" wpadłyby na te dziki. Problem mają te, które "szukają". W dużych miotach jednak te "szukające nosem" szybciej znajdują, a ciekacze tylko jak mają szczęście i dobre chody. Tyle tylko, że te drugie padają po 3 miotach. Tak więc nadal twierdzę, że konkursy nie odzwierciedlają wartości użytkowej psa, poza bezpośrednim kontaktem z dzikiem.(...) Psy szukające w zagrodzie po tropie, jeśli startują z dalszym numerem są "przegrane", nie zdążą.".

W odniesieniu do jednej z wypowiedzi: "(...) jak dziad w jakiejś tam zagrodzie nie może odnaleźć stada dzików to co tu mówić o znalezieniu przez niego ich w lesie." padła taka odpowiedź: "Różnica miedzy szukaniem dzików w lesie a w zagrodzie jest taka sama, jak byś szukał po zapachu flakonika perfum w domu a w perfumerii.".

Jak widać, tyle co najmniej zdań i opinii (skrajnych), ilu polujących w naszym kraju (ok 100 tys.) - troszkę przesadzam ale jak widać zróżnicowanie jest spore. Wiedzieć trzeba jedno, że pies to nie maszyna. A w życiu jak to w życiu, czasem lepiej idzie, czasem gorzej i ludziom i zwierzętom. Pomimo, tego "kolejnego niepowodzenia na konkursie" nie zrażam się, tylko dalej uczę na błędach swoich i innych, wyrabiając przy tym własną opinię na temat interpretacji konkursowych wyników.

sobota, 4 września 2010

"światłem/komórką malowane"

choć nie jestem "fanem" robienia zdjęć telefonem komórkowym, to przyznać muszę, że przy odrobinie dobrych chęci i z tego "diabelskiego" urządzonka (które lubi się często gubić i znikać;-P ) da się czasem coś wykrzesać... nic jednak nie zastąpi prawdziwej analogowej lustrzanki (dla niewtajemniczonych chodzi o aparat wykorzystujący kliszę jako nośnik zbieranych "danych")

tak przy okazji nasunęło mi się na myśl, jak to ludzie chętnie przemawiają do tego "cudu techniki" szczególnie w momencie kiedy nagle tracą zasięg bądź kończy się bateria... przytaczać tych stwierdzeń raczej nie trzeba

w owym miejscu o ten zasięg trudno... na całe szczęście jeszcze da się uciec z tej matni 

piątek, 6 sierpnia 2010

owe wyjaśnienie

Po wystawie, na której dokonano oceny eksterieru mojej suczki miałem mieszane uczucia. Wiedząc a właściwie widząc, że moja wachtelka jest stosunkowo lekkiej budowy - brak jej po prostu masy ciała (tak jak właścicielowi ale pomińmy ten temat (być może jest to związane z tym że pies upodabnia się do właściciela, bądź odwrotnie), ale za to o dobrych proporcjach i kątowaniu kończyn co wróży jej  bardzo dobrze na przyszłość postanowiłem, że "pójdzie" w klasie młodzieży, pomimo tego, że mogłaby zaprezentować się w klasie otwartej (obecnie ma 17 miesięcy, do 18 miesiąca pies może być wystawiany w klasie młodzieży a od 15 miesiąca życia w klasie otwartej).


Do rzeczy. Otrzymała ocenę bardzo dobrą (w celu wyjaśnienia oto fragment pochodzący z regulaminu wystaw: Ocena „BARDZO DOBRA” (BDB) może zostać przyznana jedynie psu, który posiada typowe cechy rasy i ma zachowane proporcje oraz jest we właściwej kondycji. Nieliczne, drobne błędy mogą być tolerowane, o ile nie dotyczą budowy psa. Ta ocena może być przyznana jedynie psu wysokiej klasy.) a uzasadnienie brzmiało następująco:

"dobrej wielkości o mocnej kości suczka, dobra głowa, bardzo dobra klatka piersiowa, dobrze ustawione kończyny, zbyt mało masy, słaby temperament (sic!), skąpa szata"

Z niepogrubioną częścią zgadzam się, natomiast co do opinii o słabym temperamencie już nie. Na jakiej podstawie można w przeciągu niecałych 5min w trakcie prezentacji na wystawie ocenić temperament psa myśliwskiego? Chciałbym dodać, że owa ocena eksterieru odbywała się na miejskim boisku, w pełnym słońcu, przy dość wysokiej temperaturze powietrza.

Pierwsza z trzech wystaw potrzebnych do uzyskania "tytułu" suki hodowlanej zaliczona - chociaż i aż tyle.



Zapraszam do obejrzenia filmów z wizyty na zagrodzie dziczej w Przechlewku oraz pracy na tropie

ćwiczenie posłuszeństwa (z którym u Pasji bywa różnie)
 
nagroda za prawidłowe przyjście na gwizdek (nieco powoli i ociężale ale zawsze;) ... dobre reakcje należy utrwalać

najwyżej wśród domowej psiej chierarchii10-letnia suczka airedale terrier ENDZI Czapi - "babcia" od razu jak tylko się pojawiliśmy koło zagrody dziczej wiedziała co się święci
Niestety pechowo się złożyło, że dziki z zagrody konkursowej rankiem w dniu w którym przyjechaliśmy uciekły. Natomiast w zdecydowanie mniejszej zagrodzie było zbyt niebezpiecznie puszczać psy. Tym bardziej, że było to pierwsze tak bliskie spotkanie Pasji z czarnym zwierzem (nie licząc tych w naturalnym środowisku, gdzie zwierz "nie jest uwiązany" - już wtedy pokazywała, że ma spory potencjał).
po pracy piesków chwila na podsumowanie efektów

Serdeczne podziękowania dla Przyjaciół za (tak myślę) owocne spotkanie, po którym podbudowałem się i na nowo wstąpiła we mnie chęć jeszcze lepszego ułożenia Pasji. Ocenę jej temperamentu pozostawiam Państwu.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

do trzech razy sztuka

dwukrotnie miałem go pod nogami i tyleż razy wyrywał z pod nich, za trzecim razem udało się go podebrać... hol był bardzo dynamiczny, hamulec "grał" i dodatkowo adrenalinę podnosił fakt że był bardzo delikatnie zacięty i w każdej chwili mógł się spiąć, nie wspominając o tym że nie miałem założonego przyponu "stalowego" (wolframowego) by uchronić się przed ewentualną "obcinką" żyłki przez ostre jak żyletki szczupacze zęby... piękne kilka minut... piękny wieczór...


... a 10m dalej bóbr ścinał olszynkę

niedziela, 1 sierpnia 2010

dużo by można pisać o dzisiejszym dniu... przede wszystkim męczącym i dzięki temu docenionym za chwilę wieczornego odpoczynku 

(wyjaśnienie wkrótce)

piątek, 30 lipca 2010

trening psa w lesie

ćwiczenie sprawności, szybkości i wytrzymałości... przebiegniecie przy rowerze 15-20 km to standard... temperatury na tyle zelżały, że nie stanowią żadnego problemu (przede wszystkim dla biegacza, zaś w drugiej kolejności dla rowerzysty) w czasie popołudniowych wypadów... trasa dobierana w taki sposób by mieć w pobliżu wodę dla ochłody...


jest to świetny sposób na wybieganie psa w naturalnym terenie, oczywiście jest pod stałą kontrolą dzięki przypiętej dłuższej smyczy - lince... więcej na ten temat oraz fotografii w późniejszym czasie

niedziela, 25 lipca 2010

"(...) a po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój, nagle ptaki budzą mnie..."


 
to samo miejsce dzień po dniu

efekt po dniu przerwy spowodowanym ulewnym deszczem i huraganowym wiatrem
wziął jako pierwszy...po emocjonującym holu w końcu dał za wygraną (mierzył 46cm)
dla porównania jego wielkości na tle innych garbusów: drugi z kolei wielkością 30cm, pozostałe po 15-20cm (trochę się tego uzbierało)
w tej wodzie są jeszcze większe sztuki - miałem okazję o tym się przekonać, niewytrzymała jednak żyłka - prym wśród przynęt wiodło 5cm perłowe "kopytko"... 

 
grzybień biały

wspaniale jest obcować z przyrodą tak blisko w miejscu gdzie niewielu ludzi dociera, a jeszcze więcej z nich nie wie o "skarbach" jakie kryje, a co najmniej drugie tyle nie ma pojęcia o istnieniu tych miejsc...

perkoz dwuczuby na gnieździe


miły prezent od Natury na imieniny, których notabene nie obchodzę... 
może jednak należałoby? ;)

kormorany suszące skrzydła po łowach
 
... przyjemność łowiectwa kończy się w momencie oddania strzału, zaś łowienia w momencie wyjęcia ryby z wody, co do fotografii to przyjemność kończy się w momencie wyzwolenia migawki... bo nie chodzi o to by złapać króliczka, lecz by go gonić...

piątek, 23 lipca 2010

el dorado cd...

kto powiedział że wędkarstwo jest nudne!?

czwartek, 22 lipca 2010

el dorado...

kolejny "wieczór na spacerze" "zaokoniował" w porównaniu z poprzednim podwójną obfitością, tym razem brały bardziej zdecydowanie, za to czas w jakim się to odbywało był 2x krótszy...

garbus 35cm... okonie mają w zwyczaju odprowadzać "zaciętych" pobratymców, a ten właśnie, największy spośród grupki "żegnaczy" parokrotnie to czynił  i jak widać w końcu sam się ze mną przywitał... dzisiejsze łowienie było niczym wyciąganie wypatrzonych w potoku pstrągów na finezyjnie podaną muchę...