niedziela, 31 lipca 2011

koniec mokrego lipca?

chciałoby by się powiedzieć "pogoda iście pod psem (a nawet pod dwoma)"... lipiec był  "letni i jak przystało na tę porę roku" zamiast słońca i lejącego się żaru z nieba lała się woda i wiał wiatr przynoszący same szkody... a żartobliwie w odniesieniu do minionego tygodnia można by rzec, że padało tylko dwa razy... pierwszy od niedzieli do środy, a drugi od środy do niedzieli...
przemierzając wzdłuż i wszerz jeziorową toń,  tym razem już z łódki, w końcu odnalazłem pasiaste drapieżniki... miejsce jak dla mnie niezbyt fortunne, ze względu na bliskość ośrodków wczasowych, ale cóż jak się nie ma co się lubi to się... łowi gdzie się da... brania bardzo anemiczne i delikatne... może jutro o świcie będzie lepiej? no i zapewne mniej gwarnie a to już duży plus

poniedziałek, 25 lipca 2011

gdzie są moje okulary? Pasja szukaj zguby!

jedną z wielu komend jakich uczy się wszechstronnego psa myśliwskiego wykonywać jest "aport" (początkowo trzymanie dłoni przewodnika, potem ujmowanie frygi i innych koziołków do noszenia - potocznych aportów a nie kijków)

również przysposabiamy go do  pracy nosem, czyli tropienia, komendą "szukaj" (oczywiście musi wiedzieć o co chodzi, czyli jeszcze w wieku szczenięcym wpoiliśmy tę komendę chowając smakołyki, czy zabawki, przyszłego "profesora" i zachęcając go do tej czynności)

pies mający już te dwie umiejętności bez problemu poradzi sobie z odszukiwaniem i przynoszeniem aportu

ale można te zdolności wykorzystać jeszcze dodatkowo, tj. jeśli pies potrafi już w stopniu dostatecznym pracować na tzw. włóczkach (w skrócie odszukiwać po ścieżce zapachowej ukryte aporty), a wcześniej nauczyliśmy go również odnajdywać nas (choćby w trakcie spacerów, w których to chowaliśmy się i czekaliśmy aż nasz czworonóg nas odnajdzie) stąd już prosta droga do nauczenia psa odnajdywania zguby (każdej rzeczy przez nas "zagubionej" - począwszy od kluczy a skończywszy na torbach myśliwskich z całym niezbędnym ekwipunkiem, nierzadko z dokumentami i kluczami od auta i domu)

niedziela, 17 lipca 2011

długodzioba czarodziejka

kilkudniowa zasiadka na lina nie przyniosła zamierzonego efektu i wszystko wskazywało na to, że dziś zejdę znad wody "o kiju", nie czekając zbyt długo do późnowieczornych godzin zwinąłem wędki spławikowe i prędko przebrałem się w "wodołaza" (czyt. założyłem spodniobuty) i chwyciłem spinning... prawie 1,5 godzinne machanie kijem w wodzie po pas zaowocowało hmmm... no właśnie... dwoma "sznurówkami" (czyt. małymi, niewymiarowymi szczupaczkami) pomimo tego z uporem maniaka dalej czesałem toń... w miejscu, gdzie założyłem zakończyć tę nierówną walkę nastąpiła mała konsternacja, nie wiem który z nas na końcu żyłki był bardziej zaskoczony, łowca czy może złowiony? osłupienie to trwało dosłownie ułamek sekundy po czym rozpoczęła się walka... hamulec nie przestawał terkotać, szczupak ani myślał o kapitulacji, 2 jego ponad metrowe wyskoki nad toń przyprawiły mnie o szybsze bicie serca, w końcu po dłuższej chwili udało się go podprowadzić i chwycić ręką za kark... mierzył 65cm... i dziś długodzioba czarodziejka słonka w tym samym miejscu co ostatnio, zaszczyciła mnie swą obecnością, zdradził ją "szept" - charakterystyczne pochrapywanie w trakcie przelotu...może na jesień i na nie zapoluję spod psa?