sobota, 31 marca 2012

ciekawy duet.. labi i wachtel.. hmmm może kiedyś?



kiedy poszukiwałem psa dla siebie (zarówno do polowania jak i towarzystwa) to rasa labrador retriever była w  pierwszej trójce, przeważyła jednak wszechstronność płochacza niemieckiego i zdrowy rozsądek... jestem zwolennikiem wykorzystywania ras psów zgodnie z ich przeznaczeniem, stąd labrador w roli psa poszukującego jeszcze żywego postrzałka, którego musiałby osaczyć i przytrzymać po prostu mi się nie widziała i nie widzi... 

gdyby jednak padło na labradora, to z pewnością bym się nie zawiódł... choć mój osąd w tej kwestii może być dość subiektywny, gdyż miałem do tej pory do czynienia bezpośrednio zaledwie z kilkoma osobnikami tej rasy... niezwykła kontaktowość, inteligencja, energia sprawia, że są podatne na "przyjmowanie nauki" i każdy laik jest w stanie z podręcznikiem w ręku doskonale ułożyć tego psa... niech za przykład posłuży mój kolega... młody leśniczy... wtedy jeszcze wkraczający w arkana łowiectwa, nie mający wielkiego pojęcia o kynologii, który w prezencie od rodziny otrzymuje pół rocznego szczeniaka... ku niezbyt zadowolonej małżonce i z obawami o małe dzieci w domu... był to pierwszy własny pies w jego życiu... wrodzone predyspozycje jego osobowości, podparte literaturą i dobrym słowem, pozwoliły sprawić że pies nie tylko doskonale sprawdza się w łowisku, ale również zdołał przełamać lęk dzieci, nie wspominając o połowicy której to zawładnął sercem... ów przyjaciel "zaraził się chorobą psiarską" i oprócz labradora na jego podwórzu są obecnie dwa jagdteriery (dzikarze)...

ostatnio na swej drodze miałem do czynienia z suczką Dorą, kilka słów o niej... 

Dora - ALICIA Majestic Chameleon (już pod koniec "diety cud")
"wypasiona", pobudliwa, 1,5-roczna suka labrador retrievera... wrodzona inteligencja pozwoliła jej nauczyć się wielu rzeczy mało pożądanych, m.in. umiejętności wyślizgiwania się w najmniej oczekiwanym momencie z obroży (nawet zaciskowych - choćby dla tego, że wcześniej "nie miała" szyi, sylwetka psa przypominała bardziej budowę anatomiczną dzika - półżartem-półserio) i obsesyjnym chwytaniem w kufę wszystkiego co popadnie z majestatycznymi harcami wokół człowieka, o stwarzaniu zagrożenia na ulicy nie wspominając... przywołanie jej do porządku w krytycznych momentach graniczyło z cudem...

reasumując... sunia z bagażem problemów = ugruntowanych złych nawyków...

ja bym określił ten przypadek słowami "pies który zbyt mocno kochał", a to z faktu zaburzonej hierarchii w domowej sforze... wystarczyło kilka dni by uspokoić ekscytującą się najmniejszymi bodźcami suczkę... potrzebna była jej stabilizacja, określony plan dnia (kiedy zabawa, musztra, luz i co najważniejsze kiedy odpoczynek)... w każdym z tych elementów decyzję podejmował nie pies (jak wcześniej bywało) a człowiek... może to brzmi dość surowo, ale pamiętać należy że pies, jest tylko i aż zwierzęciem... i uczłowieczanie go, do niczego dobrego nie prowadzi... 

bardzo często spotykam się ze stwierdzeniami typu: - on to robi specjalnie... na złość! (np. o psie wskakującym do wody, kładącym się w każde napotkane kałuże, czy też wchodzącym w najgęstsze zakrzaczenia) i niekiedy ciężko jest wytłumaczyć właścicielom, że pies nie kieruje się "złośliwością" (odbieraną przez człowieka), a instynktem - w tym przypadku wrodzoną pasją do pracy w wodzie, szuwarach - do tego, do czego został stworzony... dla myśliwego cechy jak znalazł, dla przeciętnego Kowalskiego utrapienie... i tu nasuwa się pytanie - czy decydując się na psa, przyszły właściciel zadał sobie nikły trud zapoznania się z podstawowymi informacjami na temat przeznaczenia danej rasy?... no właśnie...

przebiegła sunia doskonale kojarzyła momenty kiedy jest pod pełną kontrolą, wykorzystując każdą nadarzającą się sytuację do wyłamania się i pognania w siną dal... linka była skuteczna tylko do pewnego momentu... nie jestem orędownikiem używania metod "twardych" w trakcie układania psa, ale za pomocą samych smakołyków i nagród niemożliwe byłoby odpowiednie ukierunkowanie suni (tym bardziej, że pewne naleciałości już miała)... w ruch poszła linka z kolczatką, w ciągu jednej sesji ćwiczeniowej udało się oduczyć suczkę chwytania co popadnie w kufę (komenda słowna fee / nie rusz / nie wolno)... na lince dalsze ćwiczenie przywołania psa gwizdkiem, nauka siadania, warowania i zostawania w miejscu (na komendy słowne i gesty ręki) z całkiem niezłymi efektami od samego początku... to nie wszystko...

przez tydzień (dokładnie 6 dni) pies przyzwyczajał się do obroży specjalistycznej - teletaktu (o którym to tak wiele można usłyszeć zarówno dobrego jak i złego... ja skłaniam się ku stwierdzeniu Jerzego Woźniak "pies ma kojarzyć a człowiek ma myśleć"...  bo w końcu nie jest to urządzenie, które samo wyszkoli nam psa... po tym okresie wstępnego przygotowania, wiedząc że suczka doskonale zna wydawane komendy i je wykonuje w sposób co najmniej poprawny, zaaranżowałem odpowiednią sytuację... wcześniej dokładnie przemyślaną co do możliwego zachowania psa, odpowiedniego mojego postępowania i końcowego efektu który chciałbym osiągnąć (czyli przywołanie psa na gwizdek w każdej sytuacji)...

jesteśmy na dużym, ogrodzonym terenie (ze względów bezpieczeństwa), pies wcześniej na lince przywołany i nagrodzony za odpowiednią reakcję super pachnącym i smakującym smakołykiem - kiełbasą dojrzewającą... zwolniony komendą "biegaj"  po serii ćwiczeń również sowicie nagradzanych wręcz w teatralny sposób... odpinam linę i pokazuję, że w dłoni mam coś smakowitego... pies odbiega, daję mu kilka minut wytchnienia... po krótkiej przerwie przychodzi czas na przywołanie już taplającego się w błotku psa... oczywiście staram się przez cały czas wybrać odpowiedni moment na wydanie polecenia... reakcja na gwizdek, taka jakiej się spodziewałem: "ty se gwiżdż, a ja cię mam w... poważaniu", nawet nęcenie smakołykiem, kucanie, kładzenie się, odchodzenie, odbieganie nie zwracają jej uwagi, po prostu ogłuchła, oddając się bardziej absorbującym czynnościom... daję kolejną szansę, tym razem w parze z sygnałem z gwizdka biegnie sygnał dźwiękowy z obroży, również nic (wręcz zaczyna się kombinowanie, jakby się z tego ogrodzonego terenu wysmyknąć)... chwila przerwy i kolejna ostatnia szansa dana psiakowi na poprawę nie przynosi efektu... po sygnale dźwiękowym z gwizdka razem z sygnałem dźwiękowym przy obroży przychodzi pora na użycie krótkotrwałego impulsu korekcyjnego (chyba lepiej brzmi od elektrycznego;)... lekkie pisknięcie i spojrzenie w moją stronę, by po chwili rozpocząć dalsze harce, po drugim takim sygnale pies zdziwiony przybiega pod nogi i jest nagrodzony w identyczny sposób jak wcześniej kiedy zachowywał się poprawnie...

od tego momentu suczka jest, jak to się mawia "w ręku"... po pierwsze wyrobiło się skojarzenie, że po sygnale dźwiękowym z gwizdka i obroży, jeśli się nie przybiegnie do przewodnika, to stanie się coś nieprzyjemnego... ta "nieprzyjemność" równoznaczna jest z karą, która spada niewiadomo skąd - i wedle mojej opinii jest lepsza od "wyczochrania psa kolczatką", z tego względu, że nie jest kojarzona w żaden sposób z człowiekiem, tym samym nie ma to wpływu na relacje przewodnik-pies... oczywiście pod warunkiem odpowiedniego wykorzystania danego narzędzia...

dalszy ciąg niebawem...

więcej zdjęć tutaj

wtorek, 20 marca 2012

trochę poćwiczyliśmy...


gaskon Moris zaliczył swą pierwszą prostą ścieżkę farbową celująco (100m po 30min od założenia), przed wejściem na trop kwadransowe odłożenie...

z oddali...

i po przybliżeniu...

wtorek, 13 marca 2012

wizyta w przedszkolu...


razem z Kol. Mateuszem Rawlikiem w trójkę odwiedziliśmy przedszkolaki by odbyć krótką pogawędkę o lesie i zrobić mały pokaz pracy psa myśliwskiego... wachtelhund w roli edukatora leśno-łowieckiego spisał się na medal... jak widać rączki w górze są, to znak że "młodzież" uważnie słucha, a Mateusz w pocie czoła uwija się z udzielaniem odpowiedzi na grad pytań...









  

na bażanty...

7 luty... w trakcie podróży na miejsce poszukiwania postrzałka dzika (post: tropowcy...)
Dzwoni Hubert:
- nie chciałbyś przyjechać na bażanty?
- chętnie, a kiedy?
- no… jutro… przydałby się pies…
Chwila wahania, bo to w końcu środek tygodnia…
- nie wiem jeszcze jak to zrobię, ale między 8 a 9 będziemy u ciebie na miejscu… co i jak zadzwonię później…

8 luty
Nie ma co ukrywać, było to w sumie drugie nasze polowanie na bażanty. Na wcześniejszym w Kłodawie Pasja pracowała w roli typowego płochacza (wynajdywanie i płoszenie bażantów z zarośli), tym razem miała zapracować jako aporter.

Oczywiście stało się to, co stać się nie miało… czyli wyjście psa z ręki na samym początku, ale po krótkiej niesubordynacji udało się opanować sytuację i przywołać wachtelkę gwizdkiem. Cóż emocje wzięły górę i u psa i u mnie. 

przed strzałem


po strzale

pozbieraliśmy kilka bażantów z jednej strony miotu, a po drugiej próbował myśliwy z naganiaczem podnieść wyciekającego kuraka, najprawdopodobniej lekko zbarczonego… Pasja puszczona na ciepły jeszcze odwiatr ptaka wskoczyła w trzciny i wyparowała koguta, który wzbił się w powietrze, jednak nie na tyle wysoko by umożliwić bezpieczne oddanie strzału… lotem koszącym poszybował kilkadziesiąt metrów dalej… sunia nie odpuściła, zrobił się młynek i w kufie psa znalazł się jeszcze żywy kogut… z odległości ok.40-50m zaaportowała go, oddając na siadzie do ręki…

Pasja (ELBA z Wdeckiego Parku) aportująca bażanta
 
podsumowanie pracy psa: zdecydowana większość ptaków odnaleziona, były problemy z ujęciem ciężkich kogutów, kilka aportów do ręki oraz dwie piękne sytuacje wyparowania ptactwa z zarośli oraz jeden przepiękny aport zbarczonego koguta – jak na pierwsze polowania na bażanty to całkiem nieźle…

skromny pokocik

jeden kogucik kruszeje w zamrażarce…

ps
serdeczne podziękowania dla Kol. Darka Jendernala, bez pomocy którego nie dotarlibyśmy do celu  na czas... jeszcze raz wielkie dzięki

czwartek, 1 marca 2012

tropowcy

7 luty 2012r. - jestem już od rana na uczelni, za 5 min rozpoczynają się kolejne zajęcia. Dzwoni komórka:
- słuchaj Kuba, jesteś w Poznaniu? a w zasadzie czy jesteś z psem na akademiku? (tylko ciiiiiiii, bo oficjalnie psów nie wolno mieć na pokoju, nie ma to jak wyrozumiali: współlokator i mieszkańcy)
- tak, a o co chodzi? czyżby coś do szukania?
- no właśnie… kolega strzelał wczoraj do dzika, mocno farbuje i trzeba by to sprawdzić…
- za godzinę kończę zajęcia, i będę potrzebował kwadrans żeby się przygotować… bądźcie pod akademikiem o godz.11…

Po zapakowaniu się do terenówki, „wywiad” ze standardowymi pytaniami: co? gdzie? jak? o której? jaka reakcja? co na zestrzale? itd. Z krótkiego sprawozdania: pojedynczy dzik strzelany na rzepaku ok. godz. 22 dnia poprzedniego, niefortunny strzelec w momencie naciśnięcia na spust przymknął oczy (mimowolnie często popełniany błąd, nawet przez doświadczonych myśliwych) i nie zaobserwował reakcji przyjęcia kuli ale słyszał doskonale dziwne pobicie, dodatkowo strzał zerwany ze względu na brak naciągnięcia przyspiesznika (ale o tym się dowiedziałem później), na zestrzale dużo farby, którą podążał polami do lasu ok. 500m.

Po ponad godzinnej jeździe jesteśmy w końcu na miejscu. Rozpoczynamy od zestrzału, a nie ostatniej znalezionej dzień wcześniej przez myśliwego farby. Powód dla mnie prosty, chcę mieć pewność że suka pracuje (wcześniej nie było okazji poszukiwać postrzałków po siarczystych mrozach). Znikoma pokrywa śnieżna na polach (lekko pobielona i oszroniona roślinność) pozwala na kontrolę pracy psa. Farby nakapane dość sporo, lekko przykryta szronem. Po niecałym kwadransie dochodzimy do miejsca, w którym myśliwy zaprzestał dalszego samodzielnego poszukiwania. I tu pierwsza uwaga: zamiast iść z boku tropu, to poruszał się na nim, skutecznie utrudniając i roznosząc pod butami, wszędzie na około, świeży ciepły trop rannej sztuki.

Co się jeszcze okazało, nie było to 500m tylko ok. 1km tropu, w zasadzie na otwartej przestrzeni – przy duktach śródpolnych i rowach. Te informacje dały mi już sporo do myślenia. Wchodzimy w las. Postrzałek porusza się po dukcie leśnym, w końcu przechodzi przez uprawę i tyczkowinę, znowu na otwartą przestrzeń, gdzie kolejny raz porusza się duktem – tym razem szlakiem technologicznym przy granicy z lasem (zakręca na 2-3 narożnikach niczym traktor rolniczy). W końcu jest kolejne wejście w drzewostan… i tu rozpoczyna się kluczenie. Farby zaczyna ubywać, pojawia się zdecydowanie w większych odstępach i mniejszej ilości. Minęła już ponad 1 godzina pracy na tropie. Parę razy należało Pasję ściągnąć z ciepłych tropów zdrowej zwierzyny, ale w sumie poprawiała się sama (nie ściągałem jej od razu, pozwalałem się jej poprawić, starając jak najlepiej czytać jej pracę). Kilkakrotnie nie mając potwierdzenia na lesie czy dobrze idzie (zaczęła częściej podnosić łeb, brak farby i widocznego tropu) zatrzymywaliśmy się, spokojnie odkładałem psa i sprawdzałem czy jest coś widocznego koło nas i kawałek przed nami… jeśli coś było kontynuowaliśmy a jak nic (w zasadzie ja nie dostrzegłem) cofaliśmy się do ostatniej farby… gdzie Pasja podłożona prowadziła dokładnie tak samo, i kawałek dalej było potwierdzenie właściwej pracy (najważniejsze ufać psu i nie przeszkadzać mu w pracy). Po prawie 2 godzinach, zakręt w lesie 90 stopni…

po ok. 20-30m odnajdujemy pierwsze łoże – trawy wyścielone przy sośnie mocno pomalowane farbą. We wszystkich wstępuje nowa energia. Mijamy nęcisko, wzniesienie i dolinę, przechodzimy kolejną tyczkowinę i wychodzimy kolejny raz na pola. Pasja przeciska się przez tarninę, puszczam otok, zawarowuję ją na długi gwizdek, sam obchodzę te gęste chaszcze z boku. Sunia leży na farbie. Dzik kolejny raz porusza się ścieżką technologiczną i na narożniku pola z lasem wchodzi na dukt leśny pomiędzy kompleksem leśnym, z którego wyszliśmy a mniejszym cyplem.

Na środku tej drogi leży martwy dzik, widać że spisał testament… pies pracując z kufą przy ziemi jeszcze go nie zoczył, wykorzystuję tę sytuację i puszczam otok, samemu zatrzymuję się… zobaczymy czy oznajmi, czy oszczeka…

z lasu wychodzi niefortunny strzelec, który podążał cały czas za nami… krótko informuję, że postrzałek odnaleziony – radość i niedowierzanie na twarzy do tej pory nie tęgiej – jednocześnie zatrzymuję i proszę o nie podchodzenie do sztuki, niech się pies nacieszy swą zdobyczą… po bitym kwadransie przywołuje psa od sztuki do siebie… siada obok i patrzy w kierunku z którego wróciła… czekam na widoczne oznajmienie… krótkie ciche szczeknięcie… szybka komenda „pokaż dzika”, Pasja rusza biegiem do sztuki, przy której krótko, cicho szczeknęła i zaczęła tarmosić za ucho, znowu odczekanie… nie ma samoistnego powrotu, przywołanie psa do siebie (drugi powrót zdecydowanie wolniejszy, widać że psina jest zmęczoną… sytuacja się powtarza, tym razem podchodzę z psem do zgasłego dzika… teatralne okazanie swojej radości suni za odnalezienie postrzałka…

odnaleziony postrzałek po ok.6 km pracy na otoku z Pasją (ELBĄ z Wdeckiego Parku)... masa po wypatroszeniu 64kg (zdjęcie robione niestety komórką)

reasumując: praca mojej wachtelki Pasji (ELBY z Wdeckiego Parku) na tropie po ok. 14 godzinach, trwała ok. 2,5 godz., pierwsze łoże po ok. 4-5km, sztuka odnaleziona na ok. 6km, postrzałek (odynaszek po wypatroszeniu 64kg) na miękkie (strzał na pędzel), ewidentnie ruszony zaraz po strzale (bądź też ból nie pozwolił mu położyć się wcześniej), gdy go doszliśmy nie był jeszcze sztywny, a kruki już mu tyłek zaczęły obrabiać… co dziwne nie gubił treści żołądkowej choć wylot kuli był całkiem spory (albo inaczej – może myśmy jej nie widzieli/zauważyli? choć z drugiej strony czy jest to możliwe?)…

przyznam że takiej odległości za postrzałkiem jeszcze nie pokonaliśmy i jest to dla mnie potwierdzenie jej doskonałej pracy i zdolności… dochodzę do wniosku, że ułożony pies myśliwski, jest jak wino – czym starszy tym lepiej smakuje, tym piękniejsza jego praca…

na uwagę zasługuje również fakt, że dla myśliwego, który ranił dzika nie było problemem jechać prawie 120km w jedną stronę do Poznania i drugie tyle by się wrócić i sprawdzić z psem… podejrzewam że niektórzy by odpuścili po 2-3 km tak żwawo poruszającego się postrzałka…

Darz Bór i poplątania otoków!

PS
Jak otrzymam zrobione fotografie to wrzucę.

Wróciliśmy ok. godz. 18 – spiesząc się na fakultet, nawet nie zdążyłem się przebrać… i tak już spóźniony, weszliśmy na salę… cóż Pasja też musiała zaliczyć zajęcia dydaktyczne…

A nim dotarłem z psem na miejsce poszukiwania tego postrzałka, znowu zadzwonił telefon… to może następnym razem (lecę na Sorbonę)…