niedziela, 22 grudnia 2013

pracowita końcówka roku...

19 grudzień
Po pierwszym miocie mamy do sprawdzenia dwa miejsca. Na pierwszy ogień idzie łania jelenia. Z opisu sytuacji wynika, że myśliwi widzieli 4 osobniki, a na kolejne stanowisko już po kilku strzałach dotarły 3. Trudno określić dokładne miejsce ewentualnego zestrzału. Nie pozostaje nic innego, jak zdać się na Pasję. Puszczona luzem szybko odnajduje martwego już cielaka jelenia, z mocno spóźnionym postrzałem.

całkowita długość pracy 335m, zakończona oszczekiwaniem


Zastanawia mnie jedno, mianowicie jak Pasja zdołała połapać się w tak licznych tropach jelenich?

Pasja (ELBA z Wdeckiego Parku) głosząca odnalezionego postrzałka jelenia
Kolejny postrzałek do sprawdzenia z tego miotu. Raniony dzik wpada w duży ogrodzony młodnik. Ta praca również luzem. Pasja wchodzi do środka przez dziurę we wskazanym miejscu. Ja pozostaję na razie na zewnątrz, oczekując na głoszenie suki w środku i spodziewając się, że za moment będę musiał gdzieś tam się przedzierać. Chwila konsternacji, bo Pasja wychodzi po zatoczeniu w środku koła o promieniu ok. 20m, dziurą kilkanaście metrów dalej od wejściowej i to na tej samej ścianie grodzenia. Przywołana i puszczona jeszcze raz robi dokładnie taki sam zwrot i wychodzi na duży las. Po dosłownie minucie słychać głoszenie martwego zwierza.

całkowita długość pracy 280m

Następny przykład na to, że zawsze należy ufać psim zmysłom... a nie naszym, często złudnym domysłom. Po załadowaniu warchlaka na pickup'a ponownie sprawdziłem z psem owe grodzenie, na wypadek gdyby myśliwy stojący na stanowisku zapomniał poinformować, że strzelał do jeszcze jednego dzika. Młodniczek okazał się pusty.



20 grudzień
Po drugim miocie są do sprawdzenia 4 miejsca. 2 z nich później okażą się klasycznymi pudłami a jedno niegroźną obcierką. Po prawie 2 godzinach ruszamy za łanią daniela, która najprawdopodobniej przyjęła kulę na miękkie. Przekonany jestem, że w końcu będzie systematyczna praca na otoku. Jednakże odnalezione ślady na tropie, wskazują na wysoki postrzał przy badylach, bo sztuka wyraźnie w kilku miejscach się potykała, a farba była raczej mięśniowa a nie z treścią żołądkową. Po 200m pracy na otoku Pasja zaczyna wyraźnie się niecierpliwić. Kilkukrotne kilkuminutowe warowanie by wystudzić sukę nie pomaga. Wszędzie na około liczne ścieżki danieli. Przypuszczam, że mogliśmy wejść na jakiś ciepły trop zdrowej zwierzyny. Tym bardziej, że przez prawie 100m nie zauważyłem żadnej farby. Decyzja może być tylko jedna w takiej sytuacji - należy się cofnąć do ostatniej odnalezionej farby. Pasja drugi raz prowadzi tak samo. Gdy doszliśmy w miejsce, gdzie zakończyliśmy, Pasja rozpoczyna pracę już luzem. Długo to nie trwało. Po dosłownie kilkunastu sekundach słychać głoszenie psa. Rozpoczyna się gon i stanowienie w kilku miejscach. Spokojnie idę w kierunku psa. Pasja stanowi daniela na już dość widnej świerczynie. Chwila... ale to raczej nie łania, tylko byk daniela z postrzałem przez szynki. Widać, że zad już mu się załamuje. Próbuje bronić się jeszcze ostatkiem sił i niewielkim ale ciekawym trofeum przed psem. Pasja nie naciska za mocno. Praktycznie siedzi przed bykiem i głosi. Odległość 50, może 60m, krzyż lunety wędruje na łopatkę i pada strzał. Byk zwala się w ogniu i pisze testament.

po przejściu na otoku ok. 200m rozpoczęcie pracy w gonie zakończone stanowieniem daniela byka... całkowita długość pracy to 1.3km
Zaskakuje mnie zdolność oceny sytuacji przez sukę. Pasja (ELBA z Wdeckiego Parku) kiedy może sobie na to pozwolić, to potrafi wywrócić łanię jelenia, czy przytrzymać za portki dzika. Ale kiedy sytuacja jest trudniejsza i zwierz groźniejszy (gruby dzik czy byk daniela bądź jelenia) zachowuje odpowiedni dystans i rozwagę.


środa, 18 grudnia 2013

COLT z Potockiego Matecznika zaskakuje swego właściciela...

Dzwonił Kol. Tomek pochwalić się ostatnimi sukcesami łowieckimi i swoim podopiecznym.

Kol. Tomek z COLTEM z Potockiego Matecznika po udanych łowach. Jak widać płochacz niemiecki to wszechstronny pies zarówno na grubą jak i drobną zwierzynę.
COLT z Potockiego Matecznika posiada bardzo ciekawą umiejętność, mianowicie znosi swemu przewodnikowi zrzuty. W poprzednim sezonie łowieckim miał dwie takie sytuacje, odnajdując świeże zrzuty jelenie. A w tym odnalazł i przyaportował cały szkielet byka daniela.

COLT z Potockiego Matecznika po przyaportowaniu szkieletu byka daniela

poniedziałek, 9 grudnia 2013

sporo roboty...

8 grudzień
Po pierwszym miocie do sprawdzenia jest trop daniela z widoczną farbą, który został zauważony po pędzeniu przez nagankę. Jeden z psów pognał za sztuką i nie wrócił po pędzeniu i wygląda na to, że ją doszedł i jest przy niej. Chłopaki jadą pędzić dalej a my ruszamy za ranną sztuką. Po 400m dochodzimy do szosy. Ze względu na to, że znaleźlibyśmy się za pędzonym właśnie miotem musimy zastopować. W międzyczasie wrócił terier, który oddalił się po pierwszym pędzeniu za zwierzyną. 

Po kolejnym pędzeniu ruszamy dalej. Trop zaczyna się wić, a farba jest coraz rzadziej widoczna. Przechodzimy kolejny dukt i za chwilę następny. Pasja prowadzi wzdłuż rowu. Dochodzimy do miejsca z rozbitą taflą lodu i widocznym przejściem na drugą stronę. Rów jest za szeroki by go przeskoczyć, więc go obchodzimy. Za chwilę kolejne miejsce z rozbitą taflą lodu, a w odległości 15m przed nami widzę wystający z wody kawałek szyi  i głowy łani. Jest zastygła jak posąg. Pasja zostaje na otoku przywiązana do drzewa, a ja powoli podchodzę do żyjącej jeszcze łani. Dostrzelenie jej w wodzie sprawi wiele kłopotu z jej podjęciem. Liczę na to, że nie naciskana powoli zdoła się wydostać na brzeg. Trwa to kilka minut ale w końcu odnajduje wyplycenie i wydostaje się na drugą stronę.  Wyziębiona i raniona w tylny badyl na wysokości stawy kolanowego nie ma sił dalej uchodzić. Strzał kończy jej cierpienie.

całkowita długość pracy Pasji (ELBY z Wdeckiego Parku) 1.5km... do końca na otoku

raniona łania w głębokim rowie z wodą spędziła ponad dwie godziny

  
nienaciskana powoli wydostała się na brzeg... przestrzelony tylny badyl na wysokości stawu kolanowego i wyziębienie organizmu na tyle mocno ją osłabił, że nie miała już sił dalej uchodzić... stwierdzenie, że spokojnie czekała na zakończenie wcale nie jest grą słów...


Po trzecim miocie trzeba sprawdzić strzał do byka daniela - taką przynajmniej informację otrzymałem. Sytuacja dość trudna, gdyż myśliwy z tego stanowiska położył jeszcze łanię daniela z tej chmary. Brak ścinki i wcisków. Pracę zaczynamy dopiero po przeszło godzinie na nieco wystudzonych tropach.

Najpierw Pasja wypracowuje trop łani daniela (miejsca z odnalezioną farbą: f1 i f2). Odnajduje miejsce z którego została podniesiona. Wracamy do tropu chmary do którego wyraźnie się przypina i po 50m wskazuje farbę w tropie chmary. Kolejne 200m i jest wyraźne łoże. Wszędzie na około sporo świeżych tropów danieli. Po kilku okrążeniach w sosnowej drągowinie wychwytuje właściwy trop widoczny tylko dla niej. Po kolejnych 200m jest potwierdzenie w postaci kilku kropelek. Pasja wyraźnie przyspiesza. Po następnych 300m decyduję się na puszczenie jej w gon. Rusza ostro i pewnie przed siebie. Po kilku sekundach słychać krótki specyficzny oszczek za zwierzyną płową i krótki pisk. Odbiornik wskazuje że Pasja jest w bezruchu 150m przede mną. Słychać warczenie i podszczekiwanie. Dochodzę do zdławionego cielaka daniela ranionego również w tylny badyl na wysokości stawu kolanowego. Miał być byk a jest maleńkie cielę.

całkowita długość pracy 1.2km

  









Żeby tradycji stało się zadość dopiero po ostatnim miocie, na krótko przed zachodem słońca, zaczyna się "zabawa" z jeleniami. Najpierw łania jelenia, mocno spóźniona za którą ruszył myśliwy i prawdopodobnie ją ruszył. Pasję po 80m pracy na otoku puszczam w gon. Długo nie trwało nim zaczęła głosić łanię, którą za chwilę widzę uchodzącą na widnym dojrzałym drzewostanie sosnowym. Po chwili głośnego gonu słuchać głuche uderzenie i gruby oszczek oznaczający stanowienie łani przez Pasję. Dochodzę do leżącej  łani jelenia przed świerkowym młodnikiem. Pasja twardo ją głosi  i tańczy w koło. Dopiero później uświadamiam sobie czym był ten głuchy dźwięk - to Pasja uderzyła i wywróciła łanię jelenia.

całkowita długość pracy 560m
Nie ma czasu, zmrok zapada szybko. kolejne miejsce do sprawdzenia. W pierwszej kolejności byłem informowany, że trzeba sprawdzić strzał do łani jelenia, później że to było ciele a na koniec, że to jednak łania daniela... a rzeczywistość okazała się jeszcze inna. Po 100m pracy luzem Pasja zgłosiła zgasłego jelenia byka. Tym sposobem nawet zdążyliśmy dojechać ze wszystkim na pokot.

całkowita długość pracy 100m
  

niedziela, 1 grudnia 2013

wieści dla zainteresowanych...

Miło nam poinformować, że byliśmy z wizytą u Przyjaciół Kasi i Wojtka. Mamy nadzieję, że randka DIZLA z Grodziskich Borów z ELBĄ z Wdeckiego Parku (Pasją) była udana. Przyszłych szczeniąt z ponownego skojarzenia tej użytkowej pary hodowlanej należy spodziewać się w końcówce stycznia - początku lutego 2014 roku.

Dalsze informacje będą na bieżąco zamieszczane na stronie.

Do końca roku, tj. jeszcze przez miesiąc, Pasja (ELBA z Wdeckiego Parku) będzie normalnie poszukiwać postrzałki, potem będzie już oszczędzana.

poniedziałek, 18 listopada 2013

wytrwałość i ciętość...

17 listopad
Tym razem do sprawdzenia strzał na łące do warchlaka, który wpadł z resztą watahy do dębowego wyrośniętego młodnika. Po przejściu na otoku z psem przez łąkę nie odnajdujemy żadnych śladów zestrzału. Pasja prowadzi spokonie i równo w narożnik tak jak opisywał sytuację myśliwy, a dalej cóż... praca luzem.

Początkowo wyjątkowo stonowana i widzę że suka jest "przyspawana" do niewidzialnego dla mnie tropu. Pasja jest cały czas w zasięgu wzroku. Powoli przemieszczamy się przez młodniczek, do momentu kiedy przed nami coś się podnosi, prawdopodobnie dzik albo nawet kilka dzików. Pasja ostro rusza za nimi w głośnym gonie. Po kilku chwilach już jej nie słyszę jedynie widzę na wyświetlaczu odbiornika kolejne miejsca stanowienia. Dochodzę do szosy którą przekroczyła.

Dystans cały czas się zwiększa. Przypuszczam że raczej podniosły się nam zdrowe dziki, które po dłuższej chwili powinna - o ile do niej nie pójdę - odpuścić. Przejeżdżające auta zwalniają widząc uzbrojoną postać w pomarańczowej bluzie. W pewnym momencie na wyświetlaczu pojawia się komunikat, że Pasja stanowi zwierzynę w jednym miejscu - odległość 800m. Nie ma na co czekać, trzeba zobaczyć co tam trzyma. Dojście do psa chwilę trwa. W końcu słyszę jej oszczekiwanie i po chwili mam całą sytuację w zasięgu wzroku. Cztery warchlaki w tym jeden raniony po szynkach bronią się przed naciskającą coraz mocniej Pasją. Ranionego warchlaka dostrzeliwuję, reszta "kompanii" rusza, a za nią dalej Pasja. Po krótkiej chwili odpuszcza zdrową zwierzynę i wraca do dostrzelonego dzika.

całkowita długość pracy Pasji (ELBY z Wdeckiego Parku) 3.8km
Przyznam szczerze, że pierwszy raz miałem do czynienia z taką sytuacją, że raniony dzik warchlak był dalej z grupą braci (bo ciężko nazwać cztery dziki warchlaki bez lochy watahą). Podejrzewam, że całe to zdarzenie zakończyło by się o wiele wcześniej. Jak widać praca na grupie dzików wymaga dużej wytrwałości i ciętości od psa. Bez niej odnalezienie tego postrzałka byłoby raczej niemożliwe.

sobota, 9 listopada 2013

kolejne zbiorówki, kolejne postrzałki...

5 listopad
Pod koniec dnia zaczyna się konkretna praca. Do sprawdzenia sfarbowana sztuka jelenia. Po 200m pracy na otoku, decyduję się na puszczenie Pasji (ELBY z Wdeckiego Parku) w gon. Swym zachowaniem wyraźnie dała do zrozumienia, że postrzałek jest blisko i z pewnością mobilny. Już po chwili decyzja ta okazała się słuszna. Po kilkuset metrach ma już cielę jelenia najpierw na gorącym tropie a potem na oko. Po ponad kilometrowym gonie zdołał zatrzymać go do mojego nadejścia.


całkowita długość pracy 1.7 km, po ok. 200m praca w gonie zakończona stanowieniem... wysoki postrzał na przedni badyl

6 listopad
Wyjątkowo spokojny dzień. Sporo zwierzyny w miotach, ale niewiele huku. Myśliwi powstrzymują się przed niepewnymi strzałami. W końcu jest coś do roboty. Myśliwy oddał strzał do łańki daniela, która zaznaczyła i położyła nieopodal. Myślał, że "dochodzi", więc nie oddawał kolejnego strzału. W międzyczasie po tropie za danielem przybiegł pies podkładany w nagance i podniósł ranioną sztukę na miękkie. Doskonały moment na wykorzystanie zdobywającego doświadczenie posokowca bawarskiego BIGA Trzciniecki Afekt. Ruszamy po ponad 2 godzinach. Praca dość krótka, do końca na otoku, zakończona po ok. 200m odnalezieniem nie jak sugerował myśliwiec łańki lecz słabego szpicaka daniela,  no cóż zdarza się...


BIG Trzciniecki Afekt przy odnalezionym postrzałku byczku daniela... całkowita długość pracy ok. 200m, do końca na otoku, zakończona głoszeniem martwej zwierzyny


niedziela, 3 listopada 2013

zbiorówki czas zacząć...

2 listopad - pierwsze polowanie zbiorowe, które zabezpieczam z psami na wypadek ewentualnych postrzałków

Po drugim miocie jest informacja o ranionym cielaku jelenia... jedziemy. Na miejscu zestrzału troszkę ciemnej farby. Po strzale sztuka wywróciła się w ogniu, po czym pozbierała, a myśliwy nie zdążył jej dostrzelić. Cóż z własnej praktyki wiem, że 6-7 na 10 takich sytuacji kończy się nie dojściem postrzałka... obcierka, strzał na puste itp. Ciemna farba wskazywała raczej na postrzał przez miękkie. Po ok. 250m pracy na otoku podnosi się przed nami ranne cielę. Kruki już nad nim krążyły. Nie pozostało nic innego jak puścić Pasję (ELBĘ z Wdeckiego Parku) w gon. Po ok. 1 km Pasja zdołała zatrzymać ranną sztukę blisko szosy. Troszkę włos się na głowie zjeżył, ale na szczęście nic się nie stało. Przejeżdżające auta wypłoszyły postrzałka, którego po kolejnych 500m Pasja zdołała drugi raz zatrzymać i stanowić do mojego nadejścia. Strzał w kark kończy cierpienia zwierzęcia.

całkowita długość pracy 1.8km, po ok. 300m pracy na otoku rozpoczęcie pracy luzem w gonie














Po trzecim miocie mamy do sprawdzenia kolejne 2 miejsca, w których raniono łanie jelenia. Dobrze oznakowane 3 miejsca z odnalezioną farbą ułatwiają podłożenia psa na właściwy trop. Pasja prowadzi spokojnie i pewnie na otoku, wypracowując praktycznie 2 załamania pod kątem 90 stopni. po ponad 500m przy siatce grodzenia podnosi się ranna łania. Zdążyłem tylko wypuścić otok. Pasja uderza w bok łani wywracając ją i przytrzymując. Cała praca nie trwała dłużej jak 15min.

praca na odcinku ok.600m praktycznie do końca na otoku









Jeszcze jest jedno miejsce do sprawdzenia z tego miotu, również strzał do łani jelenia. Troszkę farby na wskazanym zestrzale, ale trudno powiedzieć czy to faktycznie od tej sztuki, którą mamy szukać. Myśliwy z tego stanowiska położył również inną łanię z tej samej chmary. Po ok. 250m mam potwierdzenie że Pasja prowadzi dobrze. po zachowaniu suki można wywnioskować, że w niedalekiej odległości przed nami jest uchodząca ranna sztuka. Nie decyduję się jednak na puszczenie suki luzem w gon, gdyż zdaję sobie sprawę z tego, że mogą być blisko inne zdrowe jelenie, które w tym miocie dość obficie się wysypały. Pracujemy dalej na otoku. Po ok. 500m od ostatniej znalezionej farby, przy siatce grodzenia widzę lustro (zad) stojącej łani jelenia. Gęste zakrzaczenia nie pozwalają na oddanie strzału. Łania uchodzi. Zwalniam Pasję z obroży tropowej, a ta ostro rusza w gon. Po 1 km udaje jej się zatrzymać łanię, jednak na krótko, nie zdążyłem do niej dojść. Oszczek Pasji w gonie oddala się i cichnie.

Bez odpowiedniego sprzętu nie wiedziałbym co się dalej stało. Na odbiorniku GPS widzę, że Pasja na dystansie 1,5km stanowi łanię. Prawie 30min mija nim do niej docieram, po przeprawie przez bagna.

całkowita długość pracy 3.1km - po ok. 800m pracy na otoku rozpoczęcie pracy w gonie
zakończonym prawie 30min stanowieniem
  
Pasja (ELBA z Wdeckiego Parku) pilnująca dostrzelonej łani
Po dostrzeleniu oględziny tuszy. Łania była raniona wysoko na przedni badyl. Pomimo takiej rany przebyła dystans ponad 3km, a pies wcale nie miał łatwego zadania. Ranna łania jak widać wróciła praktycznie na miejsce, gdzie była strzelana.

niedziela, 27 października 2013

poszukiwanie postrzałka byka daniela...

na porannym wyjściu dało się słyszeć celny strzał, ale telefon po niecałej godzinie i wskazanie na wyświetlaczu kto dzwoni wskazywały na to, że Pasja (ELBA z Wdeckiego Parku) będzie musiała poszukać byczka...

I jak to najczęściej bywa po oddanym strzale byczek zwalił się w ogniu i leżał przez kilka-kilkanaście sekund... a później też było jak zawsze, po prostu pozbierał się i poszedł... jednym słowem "delikwent oddalił się z miejsca zdarzenia".

Na wskazanym zestrzale nie ma nic szczególnego - troszkę farby. Z przedstawionego opisu sytuacji wynikał że najprawdopodobniej mamy do czynienia ze strzałem na miękkie i byk powinien po 2-3 godzinach "dojść" (skonać).

Pasja prowadzi pewnie ale dość szybko. Po przebytym dystansie 200m bez potwierdzenia w postaci śladów farby czy wnętrzności, podejmuję decyzję by podłożyć Pasję na trop od początku po raz drugi. Zatrzymuję się i przywołuję ją do siebie. Wykonuje komendę wyjątkowo niechętnie, ale karnie siada przy nodze. W tym momencie moją uwagę przykuwa suchy listek bukowy o czerwony zabarwieniu.podnoszę go i rozcieram w palcach... ku naszemu zdumieniu to farba, choć jej zabarwienie i konsystencja nie wskazują na podejrzewane wcześniej miejsce zranienia. Jest prawie sucha, skrzepnięta i klejąca. Jednak to nie pies tylko my byliśmy w błędzie.

Kontynuujemy pracę na otoku. Dochodzimy do gęstych kęp świerków przez które przeciskam się. Do przyjemności to to nie należy. Prowadzenie psa na otoku staje się wielce uciążliwe a przed nami podnosi się... byk daniela. Puszczam Pasję w gon. Dosłownie sekundę po tym podnosi się łańka daniela. Wygląda na to, że ruszyliśmy zdrową zwierzynę, a Pasja za nimi pociągnęła. Nie pozostaje nic innego jak poczekać jak wróci. Za zdrową zwierzyną, tym bardziej płową nie zdarzyło się jej ganiać w nieskończoność. Po oddaleniu się na odległość 1,5km zakończyła gon i rozpoczęła powrót po swoim tropie. Cały ten epizod trwał jakieś 15min. Rozpoczyna padać ulewny deszcz, który z pewnością nam nie ułatwia tej pracy. Po chwili jesteśmy cali mokrzy.

Po wystudzeniu emocji podkładam Pasję od ostatniej maleńkiej kropki farby, którą jakimś trafem udało się dostrzec. Suka prowadzi spokojnie, ale dokładnie w miejsce z którego podniósł się zdrowy byczek z łańką. Zawracam ją i ponawiam próbę jeszcze raz, z tym samym skutkiem. Jest wręcz przyspawana do niewidzialnego tropu. Za trzecim razem pozwalam jej poprowadzić kawałek dalej i suczka odbija w lewo. Po ok. 150m spod okazałego świerka podnosi się ranny na przedni badyl mocny byk daniela i ostro rusza. Pasja po ponad 1km gonie w końcu zdołała go posadzić w miejscu. Głos Pasji urywa się gdzieś na dystansie 200m  w lesie. Panujące w tym danym momencie warunki pogodowe (wiejący wiatr, padający deszcz, ogólnie duży szum) znacząco utrudniłyby namierzenie głoszącego psa. Po kilkunastu minutach dochodzę do psa. Bez odbiornika GPS w kieszeni i nadajnika przy obroży nie wiedziałbym gdzie zdołała przytrzymać rannego byka.











całkowita długość pracy Pasji (ELBY z Wdeckiego Parku) przedstawiona powyżej to ponad 7km

Kolejne brązowo medalowe trofeum zostało odnalezione. Praca suki w mojej "skromnej" ocenie jest kolejnym potwierdzeniem jej doskonałych zdolności węchowych i ciętości. Co do gonu za zdrową zwierzyną, to cóż tak to czasem bywa. 

Po dokładnym przestudiowaniu zapisu śladu okazało się, że przed podjęciem ostatniej próby byliśmy w odległości 60m od byka. Ten przykład pokazuje jak ważne jest umiejętne poruszanie się w trakcie poszukiwania rannej zwierzyny, nie tylko przewodnika z psem, ale nierzadko osób towarzyszących (tzw. korony). Same względy bezpieczeństwa to nakazują, bo nawet mała sarna czy niewielki warchlaczek potrafią narobić bałaganu - od połamania nóg po znacznie poważniejsze okaleczenia.

wtorek, 1 października 2013

poszukiwanie postrzałka byka jelenia...

Wczoraj późnym wieczorem zadzwonił telefon. Rano trzeba  będzie poszukać byka jelenia strzelanego późnym wieczorem. Dewizowiec trzykrotnie próbował swoich sił, jednak z opisu sytuacji wynikało, że tylko pierwszą kulą zdołał dosięgnąć celu. Pozostałe wysyłając Panu Bogu w okno. Byk raniony na tylny badyl przeszedł przez rzekę, przekraczając tym samym granicę obwodu. Poszukiwania odkładamy do świtu. Nie obyło się bez informacji do sąsiadującego koła, że będziemy przekraczać granicę w celu poszukiwania rannego byka. 

Prawidłowo oznaczone miejsce z odnalezioną farbą, pozwoliło na szybkie  podłożenie Pasji (ELBY z Wdeckiego Parku) na właściwy trop. Wachtelka doprowadza do zakola rzeki, prawdopodobnego miejsca w którym byk ją przekroczył. Oznaczamy je białą chusteczką zawieszoną na wbitej w ziemię gałęzi. Mamy kawałek drogi do objechania samochodem. Po ponownym podłożeniu Pasji komendą "szukaj trop" w kilka chwil odnajduje po drugiej stronie farbę. Byk najwyraźniej ciągnie w górę wzniesienia przez gęste młodniki dębowe i bukowe. Po kilkudziesięciu metrach jestem zmuszony puścić psa luzem. Po prostu niemożliwością jest praca z psem na otoku w takiej gęstwinie. Po za tym przypuszczałem, że byk może jeszcze żyć i leżeć właśnie w tych młodnikach, W przypadku gdybyśmy go podnieśli, nie wiadomo czy pies zdołałby by go zatrzymać. Pasja pracuje powoli i cały czas w zasięgu wzroku. W końcu wyprowadza nas na dukt po którym zaczyna podążać raz w lewo, raz w prawo ewidentnie szukając tropu, który jej umknął. Notabene tą drogą jechaliśmy wcześniej, by móc zejść w dolinę rzeki. Zawarowuję Pasję na długi gwizdek. Studzę jej emocje krótkim odłożeniem i ponownie zapinam otok. Krótkie przejście wzdłuż drogi i Pasja odnajduje wyraźne odbicie w lewo i po chwili mam dowód w postaci jednej kropki farby na liściu, że to jest to czego szukamy. Wchodzimy w nieco rzadszy młodnik dębowy i dochodzimy do linii prądowej za którą jest dojrzały drzewostan z czeremchowym podszytem. Wyczuwam intensywny zapach byka jelenia, jest tak intensywny, że nie da go się z niczym pomylić. Pasja zaczyna pracować zdecydowanie energiczniej, więc muszę trzymać otok zdecydowanie mocniej. Po ostrym szarpnięciu wyślizguje mi się z ręki a Pasja ostro rusza do przodu... krótkimi szczeknięciami zgłasza odnalezionego martwego byka.

Po oględzinach tuszy okazało się, że kula przeszła przez prawą szynkę uszkadzając kość na której mogła zrykoszetować bądź się rozbić i odłamek delikatnie zahaczył jądra i miękkie - w wyniku zapalenia otrzewnej byk skonał nad ranem, gdyż odnaleziony po ok. 12 godzinach od postrzału nie miał oznak zesztywnienia pośmiertnego i był nawet ciepły.

Kolejna praca zakończona sukcesem, a odnalezione trofeum uzyskało na wycenie brązowy medal.

500m wypracowanego tropu ranionego byka jelenia

poniedziałek, 23 września 2013

długooczekiwane spotkanie...

ostatnim razem Kol. Leszek żalił się, że dawno nie spotkał czarnego zwierza... nic dziwnego, bo jak spotyka, to naciska na spust i kładzie je w ogniu... kapitalny odyniec prezentowany na zdjęciu ważył ponad 150kg
Leszku szczere gratulacje... uwierz nie ma nic przyjemniejszego jak zazdrość kolegów po strzelbie

niedziela, 15 września 2013

Próby Pracy Psów Myśłiwskich Małych Ras w Borowym Lesie k. Gowidlina ZO PZŁ Gdańsk 14.09.2013

Miło mi poinformować, że kolejny pies z hodowli dobrze zaprezentował swoje wrodzone cechy. Kol. Tomkowi gratuluję i życzę dalszych sukcesów i zadowolenia z psa.

COLT z Potockiego Matecznika otrzymał dyplom I stopnia, 109/120pkt. , lokata 2/3





dyplom
karta oceny pracy psa



niedziela, 1 września 2013

kaliszańskie kaczuszki

Kol. Leszkowi serdecznie pragnę podziękować za zaproszenie do siebie w końcówce sierpnia "na pióro"...upolowane przeze mnie 2 cyraneczki były pyszne... może kiedyś uda się przechytrzyć gąski, do których miałem okazję się złożyć i odpalić, no ale... na wszystko przyjdzie czas...

Pasja jako aporter i płochacz sprawdziła się wyśmienicie.

sobota, 10 sierpnia 2013

ach te koziołki...

Kol. Tomek nadesłał fotografię pozyskanego kozła, którego pomógł odszukać CEDR z Potockiego Matecznika (Bohun)...

każde trofeum jest cenne, a wspólna przygoda z towarzyszem łowów jest bezcenna... być może dla niektórych osób praca młodego psa na sarnie nie jest niczym chwalebnym, ale to samo życie weryfikuje...

płochacz niemiecki to również doskonały tropowiec, czego potwierdzeniem była praca CEDRA z Potockiego Matecznika, który odnalazł postrzałka - najpierw pracując na otoku, później luzem w gonie, by po krótkim stanowieniu i odwołaniu nastąpiło oddanie strzału łaski...

Kol. Tomasz z CEDREM z Potockiego Matecznika (Bohunem) przy pozyskanym koźle

wtorek, 25 czerwca 2013

Karkonowska Wystawa Psów Rasowych - Jelenia Góra 23.06.2013

Kol. Bogusław poszedł za ciosem i zaprezentował CZORTA z Potockiego Matecznika również na ringu wystawowym... pies otrzymał ocenę doskonałą z lokatą I (w konkurencji w swojej klasie był sam) oraz tytuł Zwycięzca Młodzieży... serdecznie gratuluję!

CZORT z Potockiego Matecznika ocena doskonała, lokata I, Zwycięzca Młodzieży

dyplom
karta oceny eksterieru psa


wtorek, 7 maja 2013

Próby Pracy Psów Myśliwskich Małych Ras w Popielowie - Kolonia Popielowska ZO PZŁ Opole 01.05.2013

po długich rozmowach telefonicznych udało mi się nakłonić Kol. Bogusława na zaprezentowanie CZORTA z Potockiego Matecznika na próbach pracy... nie zawiódł mnie jako hodowcy i swego Właściciela, który co tu dużo mówić miał duszę na ramieniu...

CZORT z Potockiego Matecznika uzyskał dyplom I stopnia, 116/120pkt. , lokata 3/3



dyplom
karta oceny pracy psa







































pozwolę sobie również zamieścić otrzymaną korespondencję od Małżonki Kol. Bogusława, Pani Doroty:

Dobry wieczór Panie Jakubie,
z ogromną dumą i radością informujemy, że nasz Czort 1 maja 2013 był na próbach polowych w Koloni Popielowskiej, woj. opolskie.


Nim przejdę  do prób kilka słów o Czorcie.


26.04.2013 odebraliśmy rodowód Czorta a on po raz pierwszy prezentował się przed sędziami, którzy byli przy odbiorze rodowodu. W ocenie sędziów Czorcik jest w rozmiarze XXL, co nie jest żadną krytyczna uwagą - jest bardzo proporcjonalnie zbudowany, nie mówiąc o maści, która zwraca uwage każdego. Sędziowie wyrazili się bardzo dobrze o jego charakterze - mówiąc, że jest bardzo zrównoważonym psem i bardzo dobrym materiałem do nauki. Same superlatywy i natchnęli nas nadzieją, że damy radę Czorta wyszkolić - on generalnie to taki był radosny w tym nieposłuszeństwie, że czasami traciliśmy nadzieję czy zapanujemy nad jego spontaniczną radością. Tak jak powiedział sędzia, trzeba zaufać pieskowi, a Czort przy naszej Karice - to bardziej do psotnikowania niż nauki. A to przecież jeszcze dzieciak z naszego Czorta. Choć ostatnio jakby doroślał.


Bardzo się wahaliśmy czy zgłaszać się na próby,  ostatecznie przekonał nas myśliwy z Popielowa, który powiedział, że on też swojego w tym wieku puścił na próby.


No cóż pełni obaw, postanowiliśmy dać szansę sobie i Czortowi. Obawy były uzasadnione, bo Czorta trudno było odwołać, goni za zwierzyną.

Na próby zgłoszonych  było 26 psów, w tym płochaczy 3. Konkurentkami Czorta  były dwie suczki - ta brązowa 12 miesięczna i jasna - czerwona 11 miesięczna.

Mieliśmy numer 3 . Pierwsza suka ( ta jasna,  po zakończonej  próbie, sędzia pogratulował psa i okazało się, że zdobyła 120 pkt.). Kiedy czekaliśmy , to  rozmawialiśmy w właścicielem brązowej  suczki - to leśniczy z tego rejonu. Pan Andrzej  powiedział, że bardzo się obawia, żeby jego suczka nie trafiła na sarny, bo jak pójdzie, to będzie po próbach a my Panie Jakubie mieliśmy takie same obawy. Suczka Pana Andrzeja tez zdobyła 120 pkt.


I w końcu poszedł mąż, bardzo długo go nie było. Cały czas nasłuchiwałyśmy z Karinką czy Czort nie szczeka  goniąc zwierzynę a mąż nie gwiżdże krzycząc "wróć!". Po długim czasie zobaczyłyśmy męża i Czorta razem a wiec wszytko poszło jak należy.


Sędzia pochwalił Czorta - mówiąc, że nos ma nie od parady i widziałby go jako tropowca. Wg sędziego pasja u Czorta jest ponad przeciętna. Jedyna uwagę miał do wyparowywania i za to odjął nam punkt - co było uzasadnione, bo tamte wszystko wypłoszyły. Jak mówił mąż, wchodził Czort w krzaki i zaraz wychodził, bo tam nic nie było.


A tej konkurencji mąż najmniej się obawiał. Kolejną była woda i tu bez problemu Czort zaliczył - nie powiem, że trochę ćwiczyliśmy by wchodził do wody i teraz można już powiedzieć, że sprawia mu ona wiele przyjemności - pływak się z niego robi coraz lepszy. Z uśmiechem wspominamy jego pierwsze pływania, bał się  trochę wody i tak pływał śmiesznie, bo na stojąco.

Tak wiec Panie, Jakubie  Czort próby zaliczył zdobywając 116 punktów. Wiele psów nie ukończyło prób, zdobyło w próbach III albo II stopień a Czort od razu I stopień.


Czort dojrzewa i robi się taki coraz mądrzejszy, karniejszy  - to wspaniały pies. Jest naszą ogromna radością. Z kieszenie wykrada mężowi chusteczki, kradnie rzeczy by dostać nagrodę jak odda aport- mamy z nim mnóstwo radości.


Przesyłam Panu zdjęcia z prób a w następnym mailu pierwszy czortowy dyplom.


Pozdrawiamy serdecznie i cieszymy się, że takimi sukcesami  możemy się przed Panem pochwalić.


Dorota Piotrowska

środa, 20 marca 2013

rośnie zawadiaka... CZORT z Potockiego Matecznika

Kol. Bogusław nadesłał zdjęcia 8-miesięcznego CZORTA z Potockiego Matecznika... co tu pisać, po prostu kawał... mocnego psa




piątek, 22 lutego 2013

zimową porą... wieści o COLCIE z Potockiego Matecznika

Kol. Tomek pozyskał ładnego kabanka... szczere gratulacje... mnie cieszy przede wszystkim to, że COLT z Potockiego Matecznika nie nudzi się na kanapie...jak widać na załączonym obrazku wachtlowi nie straszne żadne śniegi i mrozy...


Kol. Tomek wraz z COLTEM z Potockiego Matecznika przy odyńcu

sobota, 19 stycznia 2013

polowaczka...

nie ma nic przyjemniejszego jak możliwość polowania, a jeśli z ułożonymi psami to, to już prawdziwe łowy...

sobota, 12 stycznia 2013

sezon polowań zbiorowych za nami... oj działo się... nerwowa końcówka... podsumowanie

3-dniowe polowanie zbiorowe zabezpieczam dwoma psami do poszukiwania postrzałków: własną doświadczoną suką płochacza niemieckiego Pasją (ELBĄ z Wdeckiego Parku) oraz układanym młodym psem rasy mały niebieski gończy gaskoński MORISEM Le Bleu Cardinalis...

Dzień pierwszy
Po pierwszym miocie mam pierwsze zgłoszenie - trzeba sprawdzić strzał do łani jelenia, która podążała z niewielką chmarą ok. 5 osobników. Myśliwy wskazał "mniej więcej" miejsce w którym była w momencie oddania strzału łania, nie widział jakiejkolwiek specyficznej reakcji, nie słyszał również pobicia kuli. Podłożony gończy gaskoński podjął pracę, szybko odnalazł i wskazał przejście jeleni. Podążając  tropem chmary blisko 1km nie odnaleźliśmy nic co by wskazywało na to, że łania przyjęła kulę, czy też którykolwiek osobnik odłączył się od chmary. Kończymy pracę i wracamy do auta. Sytuacja zaklasyfikowana jako czyste pudło.

Dojechaliśmy pod drugi miot. Trzeba sprawdzić strzały do dzików oddane z jednego stanowiska. Z opisu wynika że wszystkie dziki (locha z kilkoma warchlakami) po strzale między sosnową drągowiną, z której wyjechały, a starodrzewiem dębowym, poszły na prawo przez duży las na łąki. Prawidłowe oznaczenie białymi chusteczkami stanowiska myśliwego oraz kierunku w którym oddawał strzały, zdecydowanie ułatwiły odnalezienie wskazanego miejsca. Kolejny raz szansę dostaje gaskon. Po dosłownie kilku sekundach od podłożenia na trop wskazuje obfity zestrzał, w postaci jasnej farby, kilka metrów od białej chusteczki. Pies kieruje się w przeciwnym kierunku niż wynikało z opisu myśliwego - w myśl zasady, że trzeba wierzyć w psi nos kieruję się za psem. Wchodzimy w sosnową drągowinę i po 60 m pracy na otoku MORIS Le Bleu Cardinalis doprowadza mnie do warchlaka strzelonego na spóźnioną komorę.


MORIS Le Bleu Cardinalis przy odnalezionym warchlaku
W międzyczasie trwa już trzeci miot, po którym jest posiłek. Dowiaduję się, że jest do sprawdzenia strzał do grubego dzika. Myśliwy twierdził, że przez jego stanowisko przeszedł tylko ten jeden do którego oddawał strzał, naganka natomiast że cztery. Wszyscy potwierdzili 100 % pobicie kuli. Po dotarciu na miejsce zdarzenia okazało się, że faktycznie przez stanowisko myśliwego przeszedł więcej niż jeden gruby dzik, tak wynikało z tropów pozostawionych na dukcie leśnym. 

To robota dla doświadczonego tropowca i dzikarza. Pasja po założeniu obroży tropowej aż rwie się do pracy. Odłożenie uspokaja ją, podejmuje trop i spokojnie prowadzi. Po 300 m wskazuje pierwszą farbę. Po kolejnych 300 m doprowadza do grodzenia przed którym zaznacza obecność żywego zwierza. Odnaleziona farba przy siatce utwierdza mnie w przekonaniu, że postrzałek mógł zalec w grodzonej gęstej uprawie. Puszczam psa luzem. W mgnieniu oka głosi i wyprowadza mi pod lufy dzika wielkości 70-80 kg, który zdrowo daje dyla z grodzenia. Wstrzymuję się z oddaniem strzału. I dobrze, bo jednak Pasja dalej twardo tubalnym głosem oszczekuje coś w środku. Dwa tej samej wielkości dziki, salwują się ucieczką przeciwległą stroną ogrodzenia.

Pasja po ok. 5 min odwołana gwizdkiem wraca do mnie. Kilkuminutowe odłożenie studzi emocje psa i moje. W tym czasie sprawdzam czy przypadkiem któryś z ruszonych dzików nie był tym poszukiwanym. Choć w sumie jeśli któryś z nich byłby raniony to raczej by go tak nie odpuściła. Na wylotach, którymi się kierowały nie ma żadnych śladów farby. Wracam do ostatniej farby przy grodzeniu. Pasja ponownie wzięta na otok prowadzi cały czas przy płocie, w końcu na jego narożniku lekko odbija w prawo i kieruje się środkiem wąskiego pasa świerków. Na ściółce widać wyraźne odciski dziczych rapet i raz po raz kropelki farby. Schodzimy na zalane łąki. Widać, że bobry zrobiły swoje. Poruszam się po kępach traw, nie ryzykując załamania się tafli lodu. Nie znam tego terenu i nie wiem jak tu jest głęboko. Pasja powoli tropi rannego dzika snując za sobą otok. Pomalowane farbą trawy potwierdzają, że zmierzamy w dobrym kierunku. Zostaję trochę z tyłu. Suka jest już na drugiej stronie, a ja dalej próbuję się przedostać. W końcu jakoś przebrnąłem, ale pomimo komendy zatrzymującej psa w ruchu Pasja poszła dalej. Po chwili słyszę jej daleki gon z odległości ok. 500-600 m ledwo słyszalny, który raptownie cichnie...

ta cisza po kilkunastu minutach zaczyna kłuć w uszy... gwiżdżę, wołam, krzyczę bez efektu... głowę mam pełną przeróżnych myśli... poszła z otokiem... minęło już pół godziny, nie wróciła, nic nie słychać... może się zaplątała albo co gorsza dostała "strzał" od dzika w momencie osaczania... wypluwam te słowa... nie, to niemożliwe jest zbyt rozważna w tych kwestiach...jeśli się zaplątała, to przegryzie skórzany otok (już raz taką sytuację przerabiałem, wtedy potrzebowała zaledwie kwadrans żeby przegryźć otok i wrócić do mnie), z drugiej strony zawsze ma założoną na tyle luźno obrożę tropową, że jest w stanie się z niej uwolnić (niejednokrotnie potrafiła w trakcie poszukiwania postrzałka pracując na otoku, ściągnąć ją sobie, wysmyknąć się i ruszyć za podnoszącym się przed nami z łoża rannym zwierzem i bardzo szybko go przytrzymać-stanowić)...

Widząc wyraźnie farbę ruszam tropem rannej sztuki, w międzyczasie kontaktuję się z prowadzącym i naganką i informuję o zaistniałej sytuacji oraz żeby uważali, bo postrzałek kierował się w kierunku branego miotu. Jeśli zauważą mojego psa mają dać znać, a jeśli udało by im się to nawet złapać.

Uszedłem po farbie 200 m, potem trop się urwał na wilgotnych mszarach i bagnach... moje nawoływania pozostały bez odpowiedzi...

Ruszam na głos pracującej pilarki. Napotkani "gałęziarze" nie widzieli psa. Wymieniamy się numerami telefonów, jak coś zobaczą bądź się dowiedzą dadzą znać. Minęły już prawie trzy godziny od utraty kontaktu z Pasją. Dostałem informację że w pędzonym miocie w niedalekiej odległości, widziano dwa wilki - na tę wieść ciśnienie skacze mi w górę. Wracam do auta możliwie najkrótszą drogą. W miejscu gdzie rozpoczęliśmy poszukiwania postrzałka zostawiam kurtkę. Podjeżdżam pod grodzenie z którego podniosły się 3 grube dziki i przechodzę przez zalane łąki, by zostawić swój polar w miejscu gdzie ostatni raz widziałem Pasję. Jeszcze chwilę gwiżdżę i wołam... cisza... Zaczyna siąpić. Wracam na swetrze do auta. Objazd po terenie i nasłuchiwanie nie przynoszą żadnych efektów. Przejście ok. 2 km transektem przez oddziały w których mogła by się zaplątać również nic nie wnosi. Jest już godz. 18. Nie ma co dużo kombinować. Podjeżdżam jeszcze w miejsce gdzie zostawiłem kurtkę. Nie było przy niej Pasji.

Z zasięgiem telefonii komórkowej na tym terenie bywa różnie, ale w końcu udało się skontaktować z prowadzącym. Trzeba skontrolować jeszcze z Morisem 2-3 stanowiska, z których oddawano strzały do dzików. Po sprawdzeniu z psem okazało się, że musiały to być wystrzały na wiwat. Choć na chwilę oderwałem się od tego, czym tak na prawdę mam zaprzątniętą głowę.

Jedziemy sprawdzić, może Pasja wróciła i czeka na mnie przy polarze bądź kurtce. Dojeżdżamy... nic... cisza... wracamy na bazę i po drodze zapada decyzja, że rano po odprawie dostaję jednego naganiacza znającego teren do pomocy przy poszukiwaniach zaginionej Pasji. Nocne poszukiwania na bagnach nie mają w tej sytuacji większego sensu.

Po powrocie na leśniczówkę chodzę dosłownie po ścianach. Zajrzałem w mapę terenu który opolowywaliśmy myśląc nad tym jak by tu ugryźć jutro te bagna. Po krótkim odpoczynku i zebraniu sił nie wytrzymałem, o 22.00 wsiadam w auto i jadę w miejsce gdzie rozpoczynaliśmy pracę na otoku. Tylko tam jestem wstanie dojechać moją osobówką. Jest dość ciepło i siąpi lekki deszczyk...

Jadąc myślę tylko o tym i w duchu liczę na to, że jak dotrę to mnie przywita rozradowany kudłacz... niestety rzeczywistość jest inna... nie ma psa, jest tylko cisza i lekki poszum drzew... z ciężkim sercem wsiadam do auta... ruszam i przednie koło zapada się w miękkiej ziemi, lewarek, podkopanie, nałożenie świerkowych gałęzi pod wszystkie koła nie pomogły, po 2 godzinnej walce poddaję się i dzwonię po "Ojcowską Pomoc"... na leśniczówce jesteśmy grubo po 1 w nocy, pomimo zmęczenia jakoś nie mogę zasnąć... po krótkiej przerywanej drzemce wstaję, może przymknąłem oko na jakieś 1,5 godziny...

Dzień drugi
Po odprawie wraz z jednym z naganiaczy Kol. Marcinem znającym teren wracamy w miejsce zaginięcia psa. Wysiadam z auta i sprawdzam kurtkę... ani śladu. Zrezygnowany wracam do auta. Nagle Kol. Marcin mówi:
- Słuchaj słychać oszczek psa!
Nad naszymi głowami lata sporo kruków i wieje wiatr.
- Nie, pomyliło ci się, to kruki.
- Nie, no wsłuchaj się.
Stoimy kilka minut, nic nie słychać poza krakaniem... nagle jakbym usłyszał muzykę... twarde głoszenie Pasji! to z pewnością ona, ten głos rozpoznam wszędzie... o energii jaka w nas wstąpiła nie muszę chyba pisać...

Biegiem wsiadamy w auto i staramy się podjechać jak najbliżej słyszanego głosu psa. Zatrzymanie, zgaszenie silnika i nasłuchiwanie... jeszcze kawałek. To chyba tu. W mgnieniu oka wyskakuję z auta, ładuję dryling. Może trzyma postrzałka, kto wie. Biegnę przez łąki na głos psa... i nagle cisza. Obchodzimy spory kawałek i nic. Już zaczynam zastanawiać się nad tym, czy nie było to złudzenie. Ale czy dwie osoby by się tak pomyliły? nie, to z pewnością był jej głos... szybki powrót do auta i podjazd w drugie miejsce, gdzie ostatni raz miałem z nią kontakt i gdzie zostawiłem polar. Skoro słyszeliśmy ją, to raczej jest luzem. Jeśli tak, to ciekawe czy odnalazła drogę powrotną.

Podjeżdżamy pod wspomniane już wcześniej grodzenie. Jest! słychać jej oszczek bardzo blisko, mniej więcej w miejscu gdzie urwał się kontakt. Kol. Marcin zostaje przy aucie, ja biegnę na mszary... Widzę ją! próbuje się dostać do bobrzego żeremia, po gwizdku w mgnieniu oka jest przy nodze i z radości skacze na pierś. Jest cała przemoczona i zziębnięta. Po pobieżnych "oględzinach i obmacaniu" nie stwierdzam u niej żadnej kontuzji. Kto wie, w pierwszym momencie może to być wynik adrenaliny, dopiero później (po kilku godzinach a nawet dniach) mogą wyjść odniesione obrażenia, stłuczenia, zwichnięcia. Ucho od telefonu mam czerwone. Moja radość z odnalezienia swej towarzyszki łowów udziela się innym. Zabieram jeszcze "szczęśliwy polar", który leżał 10-15 m od żeremia. Pomimo tego, że 5 razy przechodziłem te zalane łąki suchą stopą i to w niskich traperkach, to za 6 razem, kiedy brakował dosłownie 1 m żeby stać na twardym gruncie skąpałem się po same "wielkanocne" i wracałem z wodą chlipiącą w gumowcach, ale to już nie miało znaczenia. Pasja po chwili jazdy zasnęła zwinięta w kłębek. Wracamy w pełnym składzie do domu!

W trakcie powrotu analizujemy sytuację, która miała miejsce. Pasja poszła w gon z otokiem. Więcej jak pewne że się zaplątała, ale dzięki luźno zapiętej obroży tropowej uwolniła się. Nasza błędna ocena, co do kierunku z którego słyszeliśmy jej głoszenie, raczej wynikała z warunków pogodowych. Silnie wiejący wiatr spowodował, że raz ten głos było słychać a raz nie. No i wiadomo również, że mógł się on odbijać od ściany drzewostanu w różnym kierunku. Summa summarum: wszystko dobre, co się dobrze kończy. W takiej sytuacji każda umiejętność wypracowana z psem się przydaje. Praca psa na tropach - nie tylko tych "sfarbowanych" - ale i na własnych oraz właściciela. Orientacja w obcym terenie - tę cechę raczej pies ma bądź też nie - powątpiewam ale i nie przeczę, że można go tego wyuczyć. Słuszność uczenia psa komendy "na miejsce/do siebie" znalazła potwierdzenie w tym (i zapewne nie tylko w tym jednym) przypadku. I tu też wychodzi nauka odłożenia psa (pozostawiania luzem). Ja każdorazowa coś zostawiam, może to być coś drobnego z garderoby jak: czapka, szalik, rękawiczka, plecak, torba myśliwska nawet smycz odpięta od obroży i położona obok, bądź też przed łapami aby wiedzieć po powrocie czy się przypadkiem pies "nie kręcił". Dzięki temu pies wie, że zawsze wracamy w to miejsce i zabieramy jego i swoją rzecz.

Ale to nie koniec dnia. Po odstawieniu psa na leśniczówkę i nakarmieniu ciepłą strawą, no i zmianie odzieży wracamy. Polowanie zbiorowe w tym dniu jest już na półmetku. Na ten czas nie było potrzeby skorzystania z pomocy tropowca, ale dzień się jeszcze nie skończył. Ze strzelcami bywa różnie, a ta grupa akurat celnością nie grzeszyła. Na jedną sztukę przypadały 4 do 5 strzałów. 

Podjeżdżamy do chłopaków z "ekipy patroszącej". Na karawanie wisi tylko kilka sztuk. Zwierza sporo w każdym miocie, tylko "jegry" dużo... strzelają. Po kolejnym pędzeniu mamy robotę z MORISEM. Myśliwi postrzelali jelenie. Nawet dość skutecznie, ale strzały do 2 osobników trzeba sprawdzić. Z relacji pierwszego myśliwego wynika, że w olszynach położył w ogniu jedną łanię jelenia z chmary 6-7szt. , do drugiej strzelał, zaznaczyła i tak jakby dostała na przód. Nim rozpoczynamy poszukiwania szybki wywiad z drugim myśliwym, który został zwieziony z innego oddalonego stanowiska na zwyżce. Ten z kolei położył jelenia byka z innej chmary i oddał jeszcze kilka strzałów (2-3) do jednej z uchodzących łań. Żeby nic nie umknęło naszej uwadze (bo nie miał w danej chwili kto z nami podjechać by pokazać to miejsce) prosimy myśliwego o zrobienie szkicu na kartce, gdzie było jego stanowisko, w którym kierunku oddawał strzały, gdzie padł byk, skąd i w jakim kierunku poszła chmara. Były to cenne informacje, które zaoszczędziły czas na zbędne kręcenie się z psem po lesie schodzonym przez zwierzynę.

Pierwsza sprawdzana łania jelenia poszła z chmarą z olszyn, pokonując strome podejście przez sosnową tyczkowinę i dalej kierując się zboczem skarpy na lewo. Co kilkadziesiąt metrów odnajdywaliśmy niewielkie ilości farby. Do momentu zgubienia tropu raniona sztuka podążała z chmarą. Strzał zaklasyfikowany jako obcierka po badylu. Praca na otoku ok. 1 km.

Docieramy do drugiego wskazanego miejsca. Żeby nie sknocić sprawy wpierw gończego gaskońskiego odkładam przy zwyżce i sam odnajduję miejsce z którego zwieźli byka. Wszystko po to by nie namieszać psu w głowie. Z opisu wynikało, że jelenie poszły na lewo przez pas świerkowego drzewostanu i dalej w kierunku rzeki. Wracam po psa. Nie podkładam go na konkretny trop jelenia, po prostu zapinam otok i daję komendę "szukaj trop". Stopniowo przesuwamy się wzdłuż pasa świerków. Gaskon przechodzi kolejno od jednego tropu jeleniego do kolejnego. Dopiero przy szóstym się "przypina". Myślę sobie: "to chyba to". Skręca i przeprowadza przez świerki. Po ok. 300 m wskazuje pierwszą farbę. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach kolejna niewielka ilość ciemnej farby. Dochodzimy do zbocza w kierunku rzeki. Jeśli ranna łania ją pokonała, to my raczej tak łatwo jej nie sforsujemy, coś na ten temat wiem bo już raz w tym terenie poszukiwałem postrzałka. Gończy prowadzi pewnie, schodząc z ukosa po zboczu. Nagle zatrzymuje się napięty. W tej gęstwinie nie widzę czy coś jest przed psem. Zdejmuję broń z ramienia, jednocześnie przytrzymując pod nogą otok. Po cichu podchodzę prawie na kuckach do napiętego psa, by ten nie ruszył ostro na być może zalegającego w łożu rannego zwierza, którego jest szansa dostrzelić bez zbędnej gonitwy. Nic z tych rzeczy, bo w odległości może 1,5 m od psa leżała na skarpie w dół już zgasła łania jelenia z przestrzelonymi obiema szynkami i postrzałem na miękkie. Kolejny sukces MORISA Le Bleu Cardinalis. Na dziś to już koniec.



MORIS Le Bleu Cardinalis przy odnalezionej łani jelenia
Dzień trzeci
Po pierwszym miocie już pierwsze zgłoszenia. Łania daniela po strzale legła w ogniu i jak to często bywa jeszcze szybciej się pozbierała i zniknęła. Myśliwy nie potrafił dokładnie wskazać miejsca w którym była zwierzyna w momencie oddawania strzału - padło stwierdzenie "... gdzieś, mniej więcej tutaj", bardzo częste ale lepsze od wskazywania błędnęgo, którym człowiek zaczyna się sugerować. Pierwsza moja myśl była taka, że łańka musiała dostać na tzw. "puste" bądź "po badylu". Z racji bliskości ruchliwej szosy i przypuszczenia, że postrzałek może być "ruchliwy", to praca dla doświadczonego tropowca, który w razie takiego postrzału zatrzyma w miejscu sztukę (przytrzyma, będzie ją stanowić do momentu oddania strzału łaski bądź nawet po jej wywruceniu zatrzyma i zdławi ją). Zapięta na otok Pasja, po krótkim nawąchiwaniu przypina się do niewidocznego dla mnie tropu. Po może 80-100m doprowadza do zgasłej łani daniela z postrzałem na "miękkie" - choć wcześniejszy opis tego nie sugerował.

Kolejne mioty przebiegają dość spokojnie. Nie mamy wiele do pracy. Jedynie sprawdzamy w międzyczasie strzały oddawane do niedużych dzików (warchlaków i przelatków), które szczęśliwie uchodziły spod luf myśliwców. Pewny miot z jeleniami nie zawodzi, więc i rozpoczyna się praca z psami. Myśliwy oddał strzały do uchodzącej łani jelenia. Twierdzi, że sztuka zaznaczyła. Podłożona na trop kolejny raz Pasja po chwili odnajduje zestrzał. Po bardzo krótkiej pracy na otoku odnajdujemy... no właśnie... warchlaka. Krótka rozmowa z prowadzącym i myśliwym wyjaśnia całą sytuację. Myśliwy nie oddał tylko strzałów do jeleni ale również i do dzika, którego to był pewien, że spudłował. Rzeczywistość okazała się jednak nieco inna. Cóż wniosek jest prosty: słuchać uważnie relacji myśliwych, ale nie bezgranicznie im ufając... zasada ograniczonego zaufania ma tutaj duże znaczenie.

Ułożony pokot zwierzyny grubej wieńczy trzydniowe polowanie zbiorowe, które dla mnie obfitowało w wiele niespodzianek i wiele mnie nauczyło.

czwartek, 3 stycznia 2013

wieści o CEDRZE z Potockiego Matecznika...

Witaj Jakubie!
Trochę późno jak sam widzisz, ale ważne że w końcu coś podsyłam. Jak już wiesz z wcześniejszych opowiadań Bohun zaczyna pięknie pracować w lesie - ewidentnie przemawia do niego Pasja myśliwska ! Ale także zaliczył już jedną ścieżkę po farbie po 5 godzinach od założenia i lekkim deszczu. Odległość około 150 m!
Tomek
CEDR z Potockiego Matecznika (Bohun) w wieku 5-miesięcy

więcej zdjęć CEDRA z Potockiego Matecznika (Bohuna) w galerii (link)