sobota, 19 stycznia 2013

polowaczka...

nie ma nic przyjemniejszego jak możliwość polowania, a jeśli z ułożonymi psami to, to już prawdziwe łowy...

sobota, 12 stycznia 2013

sezon polowań zbiorowych za nami... oj działo się... nerwowa końcówka... podsumowanie

3-dniowe polowanie zbiorowe zabezpieczam dwoma psami do poszukiwania postrzałków: własną doświadczoną suką płochacza niemieckiego Pasją (ELBĄ z Wdeckiego Parku) oraz układanym młodym psem rasy mały niebieski gończy gaskoński MORISEM Le Bleu Cardinalis...

Dzień pierwszy
Po pierwszym miocie mam pierwsze zgłoszenie - trzeba sprawdzić strzał do łani jelenia, która podążała z niewielką chmarą ok. 5 osobników. Myśliwy wskazał "mniej więcej" miejsce w którym była w momencie oddania strzału łania, nie widział jakiejkolwiek specyficznej reakcji, nie słyszał również pobicia kuli. Podłożony gończy gaskoński podjął pracę, szybko odnalazł i wskazał przejście jeleni. Podążając  tropem chmary blisko 1km nie odnaleźliśmy nic co by wskazywało na to, że łania przyjęła kulę, czy też którykolwiek osobnik odłączył się od chmary. Kończymy pracę i wracamy do auta. Sytuacja zaklasyfikowana jako czyste pudło.

Dojechaliśmy pod drugi miot. Trzeba sprawdzić strzały do dzików oddane z jednego stanowiska. Z opisu wynika że wszystkie dziki (locha z kilkoma warchlakami) po strzale między sosnową drągowiną, z której wyjechały, a starodrzewiem dębowym, poszły na prawo przez duży las na łąki. Prawidłowe oznaczenie białymi chusteczkami stanowiska myśliwego oraz kierunku w którym oddawał strzały, zdecydowanie ułatwiły odnalezienie wskazanego miejsca. Kolejny raz szansę dostaje gaskon. Po dosłownie kilku sekundach od podłożenia na trop wskazuje obfity zestrzał, w postaci jasnej farby, kilka metrów od białej chusteczki. Pies kieruje się w przeciwnym kierunku niż wynikało z opisu myśliwego - w myśl zasady, że trzeba wierzyć w psi nos kieruję się za psem. Wchodzimy w sosnową drągowinę i po 60 m pracy na otoku MORIS Le Bleu Cardinalis doprowadza mnie do warchlaka strzelonego na spóźnioną komorę.


MORIS Le Bleu Cardinalis przy odnalezionym warchlaku
W międzyczasie trwa już trzeci miot, po którym jest posiłek. Dowiaduję się, że jest do sprawdzenia strzał do grubego dzika. Myśliwy twierdził, że przez jego stanowisko przeszedł tylko ten jeden do którego oddawał strzał, naganka natomiast że cztery. Wszyscy potwierdzili 100 % pobicie kuli. Po dotarciu na miejsce zdarzenia okazało się, że faktycznie przez stanowisko myśliwego przeszedł więcej niż jeden gruby dzik, tak wynikało z tropów pozostawionych na dukcie leśnym. 

To robota dla doświadczonego tropowca i dzikarza. Pasja po założeniu obroży tropowej aż rwie się do pracy. Odłożenie uspokaja ją, podejmuje trop i spokojnie prowadzi. Po 300 m wskazuje pierwszą farbę. Po kolejnych 300 m doprowadza do grodzenia przed którym zaznacza obecność żywego zwierza. Odnaleziona farba przy siatce utwierdza mnie w przekonaniu, że postrzałek mógł zalec w grodzonej gęstej uprawie. Puszczam psa luzem. W mgnieniu oka głosi i wyprowadza mi pod lufy dzika wielkości 70-80 kg, który zdrowo daje dyla z grodzenia. Wstrzymuję się z oddaniem strzału. I dobrze, bo jednak Pasja dalej twardo tubalnym głosem oszczekuje coś w środku. Dwa tej samej wielkości dziki, salwują się ucieczką przeciwległą stroną ogrodzenia.

Pasja po ok. 5 min odwołana gwizdkiem wraca do mnie. Kilkuminutowe odłożenie studzi emocje psa i moje. W tym czasie sprawdzam czy przypadkiem któryś z ruszonych dzików nie był tym poszukiwanym. Choć w sumie jeśli któryś z nich byłby raniony to raczej by go tak nie odpuściła. Na wylotach, którymi się kierowały nie ma żadnych śladów farby. Wracam do ostatniej farby przy grodzeniu. Pasja ponownie wzięta na otok prowadzi cały czas przy płocie, w końcu na jego narożniku lekko odbija w prawo i kieruje się środkiem wąskiego pasa świerków. Na ściółce widać wyraźne odciski dziczych rapet i raz po raz kropelki farby. Schodzimy na zalane łąki. Widać, że bobry zrobiły swoje. Poruszam się po kępach traw, nie ryzykując załamania się tafli lodu. Nie znam tego terenu i nie wiem jak tu jest głęboko. Pasja powoli tropi rannego dzika snując za sobą otok. Pomalowane farbą trawy potwierdzają, że zmierzamy w dobrym kierunku. Zostaję trochę z tyłu. Suka jest już na drugiej stronie, a ja dalej próbuję się przedostać. W końcu jakoś przebrnąłem, ale pomimo komendy zatrzymującej psa w ruchu Pasja poszła dalej. Po chwili słyszę jej daleki gon z odległości ok. 500-600 m ledwo słyszalny, który raptownie cichnie...

ta cisza po kilkunastu minutach zaczyna kłuć w uszy... gwiżdżę, wołam, krzyczę bez efektu... głowę mam pełną przeróżnych myśli... poszła z otokiem... minęło już pół godziny, nie wróciła, nic nie słychać... może się zaplątała albo co gorsza dostała "strzał" od dzika w momencie osaczania... wypluwam te słowa... nie, to niemożliwe jest zbyt rozważna w tych kwestiach...jeśli się zaplątała, to przegryzie skórzany otok (już raz taką sytuację przerabiałem, wtedy potrzebowała zaledwie kwadrans żeby przegryźć otok i wrócić do mnie), z drugiej strony zawsze ma założoną na tyle luźno obrożę tropową, że jest w stanie się z niej uwolnić (niejednokrotnie potrafiła w trakcie poszukiwania postrzałka pracując na otoku, ściągnąć ją sobie, wysmyknąć się i ruszyć za podnoszącym się przed nami z łoża rannym zwierzem i bardzo szybko go przytrzymać-stanowić)...

Widząc wyraźnie farbę ruszam tropem rannej sztuki, w międzyczasie kontaktuję się z prowadzącym i naganką i informuję o zaistniałej sytuacji oraz żeby uważali, bo postrzałek kierował się w kierunku branego miotu. Jeśli zauważą mojego psa mają dać znać, a jeśli udało by im się to nawet złapać.

Uszedłem po farbie 200 m, potem trop się urwał na wilgotnych mszarach i bagnach... moje nawoływania pozostały bez odpowiedzi...

Ruszam na głos pracującej pilarki. Napotkani "gałęziarze" nie widzieli psa. Wymieniamy się numerami telefonów, jak coś zobaczą bądź się dowiedzą dadzą znać. Minęły już prawie trzy godziny od utraty kontaktu z Pasją. Dostałem informację że w pędzonym miocie w niedalekiej odległości, widziano dwa wilki - na tę wieść ciśnienie skacze mi w górę. Wracam do auta możliwie najkrótszą drogą. W miejscu gdzie rozpoczęliśmy poszukiwania postrzałka zostawiam kurtkę. Podjeżdżam pod grodzenie z którego podniosły się 3 grube dziki i przechodzę przez zalane łąki, by zostawić swój polar w miejscu gdzie ostatni raz widziałem Pasję. Jeszcze chwilę gwiżdżę i wołam... cisza... Zaczyna siąpić. Wracam na swetrze do auta. Objazd po terenie i nasłuchiwanie nie przynoszą żadnych efektów. Przejście ok. 2 km transektem przez oddziały w których mogła by się zaplątać również nic nie wnosi. Jest już godz. 18. Nie ma co dużo kombinować. Podjeżdżam jeszcze w miejsce gdzie zostawiłem kurtkę. Nie było przy niej Pasji.

Z zasięgiem telefonii komórkowej na tym terenie bywa różnie, ale w końcu udało się skontaktować z prowadzącym. Trzeba skontrolować jeszcze z Morisem 2-3 stanowiska, z których oddawano strzały do dzików. Po sprawdzeniu z psem okazało się, że musiały to być wystrzały na wiwat. Choć na chwilę oderwałem się od tego, czym tak na prawdę mam zaprzątniętą głowę.

Jedziemy sprawdzić, może Pasja wróciła i czeka na mnie przy polarze bądź kurtce. Dojeżdżamy... nic... cisza... wracamy na bazę i po drodze zapada decyzja, że rano po odprawie dostaję jednego naganiacza znającego teren do pomocy przy poszukiwaniach zaginionej Pasji. Nocne poszukiwania na bagnach nie mają w tej sytuacji większego sensu.

Po powrocie na leśniczówkę chodzę dosłownie po ścianach. Zajrzałem w mapę terenu który opolowywaliśmy myśląc nad tym jak by tu ugryźć jutro te bagna. Po krótkim odpoczynku i zebraniu sił nie wytrzymałem, o 22.00 wsiadam w auto i jadę w miejsce gdzie rozpoczynaliśmy pracę na otoku. Tylko tam jestem wstanie dojechać moją osobówką. Jest dość ciepło i siąpi lekki deszczyk...

Jadąc myślę tylko o tym i w duchu liczę na to, że jak dotrę to mnie przywita rozradowany kudłacz... niestety rzeczywistość jest inna... nie ma psa, jest tylko cisza i lekki poszum drzew... z ciężkim sercem wsiadam do auta... ruszam i przednie koło zapada się w miękkiej ziemi, lewarek, podkopanie, nałożenie świerkowych gałęzi pod wszystkie koła nie pomogły, po 2 godzinnej walce poddaję się i dzwonię po "Ojcowską Pomoc"... na leśniczówce jesteśmy grubo po 1 w nocy, pomimo zmęczenia jakoś nie mogę zasnąć... po krótkiej przerywanej drzemce wstaję, może przymknąłem oko na jakieś 1,5 godziny...

Dzień drugi
Po odprawie wraz z jednym z naganiaczy Kol. Marcinem znającym teren wracamy w miejsce zaginięcia psa. Wysiadam z auta i sprawdzam kurtkę... ani śladu. Zrezygnowany wracam do auta. Nagle Kol. Marcin mówi:
- Słuchaj słychać oszczek psa!
Nad naszymi głowami lata sporo kruków i wieje wiatr.
- Nie, pomyliło ci się, to kruki.
- Nie, no wsłuchaj się.
Stoimy kilka minut, nic nie słychać poza krakaniem... nagle jakbym usłyszał muzykę... twarde głoszenie Pasji! to z pewnością ona, ten głos rozpoznam wszędzie... o energii jaka w nas wstąpiła nie muszę chyba pisać...

Biegiem wsiadamy w auto i staramy się podjechać jak najbliżej słyszanego głosu psa. Zatrzymanie, zgaszenie silnika i nasłuchiwanie... jeszcze kawałek. To chyba tu. W mgnieniu oka wyskakuję z auta, ładuję dryling. Może trzyma postrzałka, kto wie. Biegnę przez łąki na głos psa... i nagle cisza. Obchodzimy spory kawałek i nic. Już zaczynam zastanawiać się nad tym, czy nie było to złudzenie. Ale czy dwie osoby by się tak pomyliły? nie, to z pewnością był jej głos... szybki powrót do auta i podjazd w drugie miejsce, gdzie ostatni raz miałem z nią kontakt i gdzie zostawiłem polar. Skoro słyszeliśmy ją, to raczej jest luzem. Jeśli tak, to ciekawe czy odnalazła drogę powrotną.

Podjeżdżamy pod wspomniane już wcześniej grodzenie. Jest! słychać jej oszczek bardzo blisko, mniej więcej w miejscu gdzie urwał się kontakt. Kol. Marcin zostaje przy aucie, ja biegnę na mszary... Widzę ją! próbuje się dostać do bobrzego żeremia, po gwizdku w mgnieniu oka jest przy nodze i z radości skacze na pierś. Jest cała przemoczona i zziębnięta. Po pobieżnych "oględzinach i obmacaniu" nie stwierdzam u niej żadnej kontuzji. Kto wie, w pierwszym momencie może to być wynik adrenaliny, dopiero później (po kilku godzinach a nawet dniach) mogą wyjść odniesione obrażenia, stłuczenia, zwichnięcia. Ucho od telefonu mam czerwone. Moja radość z odnalezienia swej towarzyszki łowów udziela się innym. Zabieram jeszcze "szczęśliwy polar", który leżał 10-15 m od żeremia. Pomimo tego, że 5 razy przechodziłem te zalane łąki suchą stopą i to w niskich traperkach, to za 6 razem, kiedy brakował dosłownie 1 m żeby stać na twardym gruncie skąpałem się po same "wielkanocne" i wracałem z wodą chlipiącą w gumowcach, ale to już nie miało znaczenia. Pasja po chwili jazdy zasnęła zwinięta w kłębek. Wracamy w pełnym składzie do domu!

W trakcie powrotu analizujemy sytuację, która miała miejsce. Pasja poszła w gon z otokiem. Więcej jak pewne że się zaplątała, ale dzięki luźno zapiętej obroży tropowej uwolniła się. Nasza błędna ocena, co do kierunku z którego słyszeliśmy jej głoszenie, raczej wynikała z warunków pogodowych. Silnie wiejący wiatr spowodował, że raz ten głos było słychać a raz nie. No i wiadomo również, że mógł się on odbijać od ściany drzewostanu w różnym kierunku. Summa summarum: wszystko dobre, co się dobrze kończy. W takiej sytuacji każda umiejętność wypracowana z psem się przydaje. Praca psa na tropach - nie tylko tych "sfarbowanych" - ale i na własnych oraz właściciela. Orientacja w obcym terenie - tę cechę raczej pies ma bądź też nie - powątpiewam ale i nie przeczę, że można go tego wyuczyć. Słuszność uczenia psa komendy "na miejsce/do siebie" znalazła potwierdzenie w tym (i zapewne nie tylko w tym jednym) przypadku. I tu też wychodzi nauka odłożenia psa (pozostawiania luzem). Ja każdorazowa coś zostawiam, może to być coś drobnego z garderoby jak: czapka, szalik, rękawiczka, plecak, torba myśliwska nawet smycz odpięta od obroży i położona obok, bądź też przed łapami aby wiedzieć po powrocie czy się przypadkiem pies "nie kręcił". Dzięki temu pies wie, że zawsze wracamy w to miejsce i zabieramy jego i swoją rzecz.

Ale to nie koniec dnia. Po odstawieniu psa na leśniczówkę i nakarmieniu ciepłą strawą, no i zmianie odzieży wracamy. Polowanie zbiorowe w tym dniu jest już na półmetku. Na ten czas nie było potrzeby skorzystania z pomocy tropowca, ale dzień się jeszcze nie skończył. Ze strzelcami bywa różnie, a ta grupa akurat celnością nie grzeszyła. Na jedną sztukę przypadały 4 do 5 strzałów. 

Podjeżdżamy do chłopaków z "ekipy patroszącej". Na karawanie wisi tylko kilka sztuk. Zwierza sporo w każdym miocie, tylko "jegry" dużo... strzelają. Po kolejnym pędzeniu mamy robotę z MORISEM. Myśliwi postrzelali jelenie. Nawet dość skutecznie, ale strzały do 2 osobników trzeba sprawdzić. Z relacji pierwszego myśliwego wynika, że w olszynach położył w ogniu jedną łanię jelenia z chmary 6-7szt. , do drugiej strzelał, zaznaczyła i tak jakby dostała na przód. Nim rozpoczynamy poszukiwania szybki wywiad z drugim myśliwym, który został zwieziony z innego oddalonego stanowiska na zwyżce. Ten z kolei położył jelenia byka z innej chmary i oddał jeszcze kilka strzałów (2-3) do jednej z uchodzących łań. Żeby nic nie umknęło naszej uwadze (bo nie miał w danej chwili kto z nami podjechać by pokazać to miejsce) prosimy myśliwego o zrobienie szkicu na kartce, gdzie było jego stanowisko, w którym kierunku oddawał strzały, gdzie padł byk, skąd i w jakim kierunku poszła chmara. Były to cenne informacje, które zaoszczędziły czas na zbędne kręcenie się z psem po lesie schodzonym przez zwierzynę.

Pierwsza sprawdzana łania jelenia poszła z chmarą z olszyn, pokonując strome podejście przez sosnową tyczkowinę i dalej kierując się zboczem skarpy na lewo. Co kilkadziesiąt metrów odnajdywaliśmy niewielkie ilości farby. Do momentu zgubienia tropu raniona sztuka podążała z chmarą. Strzał zaklasyfikowany jako obcierka po badylu. Praca na otoku ok. 1 km.

Docieramy do drugiego wskazanego miejsca. Żeby nie sknocić sprawy wpierw gończego gaskońskiego odkładam przy zwyżce i sam odnajduję miejsce z którego zwieźli byka. Wszystko po to by nie namieszać psu w głowie. Z opisu wynikało, że jelenie poszły na lewo przez pas świerkowego drzewostanu i dalej w kierunku rzeki. Wracam po psa. Nie podkładam go na konkretny trop jelenia, po prostu zapinam otok i daję komendę "szukaj trop". Stopniowo przesuwamy się wzdłuż pasa świerków. Gaskon przechodzi kolejno od jednego tropu jeleniego do kolejnego. Dopiero przy szóstym się "przypina". Myślę sobie: "to chyba to". Skręca i przeprowadza przez świerki. Po ok. 300 m wskazuje pierwszą farbę. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach kolejna niewielka ilość ciemnej farby. Dochodzimy do zbocza w kierunku rzeki. Jeśli ranna łania ją pokonała, to my raczej tak łatwo jej nie sforsujemy, coś na ten temat wiem bo już raz w tym terenie poszukiwałem postrzałka. Gończy prowadzi pewnie, schodząc z ukosa po zboczu. Nagle zatrzymuje się napięty. W tej gęstwinie nie widzę czy coś jest przed psem. Zdejmuję broń z ramienia, jednocześnie przytrzymując pod nogą otok. Po cichu podchodzę prawie na kuckach do napiętego psa, by ten nie ruszył ostro na być może zalegającego w łożu rannego zwierza, którego jest szansa dostrzelić bez zbędnej gonitwy. Nic z tych rzeczy, bo w odległości może 1,5 m od psa leżała na skarpie w dół już zgasła łania jelenia z przestrzelonymi obiema szynkami i postrzałem na miękkie. Kolejny sukces MORISA Le Bleu Cardinalis. Na dziś to już koniec.



MORIS Le Bleu Cardinalis przy odnalezionej łani jelenia
Dzień trzeci
Po pierwszym miocie już pierwsze zgłoszenia. Łania daniela po strzale legła w ogniu i jak to często bywa jeszcze szybciej się pozbierała i zniknęła. Myśliwy nie potrafił dokładnie wskazać miejsca w którym była zwierzyna w momencie oddawania strzału - padło stwierdzenie "... gdzieś, mniej więcej tutaj", bardzo częste ale lepsze od wskazywania błędnęgo, którym człowiek zaczyna się sugerować. Pierwsza moja myśl była taka, że łańka musiała dostać na tzw. "puste" bądź "po badylu". Z racji bliskości ruchliwej szosy i przypuszczenia, że postrzałek może być "ruchliwy", to praca dla doświadczonego tropowca, który w razie takiego postrzału zatrzyma w miejscu sztukę (przytrzyma, będzie ją stanowić do momentu oddania strzału łaski bądź nawet po jej wywruceniu zatrzyma i zdławi ją). Zapięta na otok Pasja, po krótkim nawąchiwaniu przypina się do niewidocznego dla mnie tropu. Po może 80-100m doprowadza do zgasłej łani daniela z postrzałem na "miękkie" - choć wcześniejszy opis tego nie sugerował.

Kolejne mioty przebiegają dość spokojnie. Nie mamy wiele do pracy. Jedynie sprawdzamy w międzyczasie strzały oddawane do niedużych dzików (warchlaków i przelatków), które szczęśliwie uchodziły spod luf myśliwców. Pewny miot z jeleniami nie zawodzi, więc i rozpoczyna się praca z psami. Myśliwy oddał strzały do uchodzącej łani jelenia. Twierdzi, że sztuka zaznaczyła. Podłożona na trop kolejny raz Pasja po chwili odnajduje zestrzał. Po bardzo krótkiej pracy na otoku odnajdujemy... no właśnie... warchlaka. Krótka rozmowa z prowadzącym i myśliwym wyjaśnia całą sytuację. Myśliwy nie oddał tylko strzałów do jeleni ale również i do dzika, którego to był pewien, że spudłował. Rzeczywistość okazała się jednak nieco inna. Cóż wniosek jest prosty: słuchać uważnie relacji myśliwych, ale nie bezgranicznie im ufając... zasada ograniczonego zaufania ma tutaj duże znaczenie.

Ułożony pokot zwierzyny grubej wieńczy trzydniowe polowanie zbiorowe, które dla mnie obfitowało w wiele niespodzianek i wiele mnie nauczyło.

czwartek, 3 stycznia 2013

wieści o CEDRZE z Potockiego Matecznika...

Witaj Jakubie!
Trochę późno jak sam widzisz, ale ważne że w końcu coś podsyłam. Jak już wiesz z wcześniejszych opowiadań Bohun zaczyna pięknie pracować w lesie - ewidentnie przemawia do niego Pasja myśliwska ! Ale także zaliczył już jedną ścieżkę po farbie po 5 godzinach od założenia i lekkim deszczu. Odległość około 150 m!
Tomek
CEDR z Potockiego Matecznika (Bohun) w wieku 5-miesięcy

więcej zdjęć CEDRA z Potockiego Matecznika (Bohuna) w galerii (link)

środa, 2 stycznia 2013

sukcesy CZORTA z Potockiego Matecznika

oprócz życzeń noworocznych otrzymaliśmy bardzo miłe wieści od właścicieli CZORTA z Potockiego Matecznika:
Przesyłam zdjęcia Czorta z polowania między świątecznego, jak widać św. Hubert nam darzył. Przepraszam za bardzo marną jakość ale zdjęcia robiłem telefonem. 
Czort pierwszego w życiu koguta podniósł 11.12 w wysokich trzcinach, gdyby nie on nie znalałbym strzelonego śmiertelnie bażanta. Na początku mieliśmy drobne "problemy" z ustaleniem kto ma go zabrać, ale po paru minutach jakoś dał się przekonać, że troki to będzie bezpieczne miejsce dla wspólnej zdobyczy.
Na początku gdy urywaliśmy się na wspólne wypady w moje ulubione trzciny Czort trzymał się blisko wracał bez problemu na gwizdek , teraz jak nabrał już więcej pewności już wie że tam są bażanty, pasja myśliwska potrafi go ponieść i jak podejmie trop trudno go utrzymać żeby krótko chodził. Po znalezieniu świeżego tropu cieniutko poszczekuje, czasami można już rozróżnić czy wyciekają przed nim bażanty czy znalazł leżące kozy.
Na razie dzika nie oszczekuje, podchodzi ostrożnie jak widać na zdjęciu. Ale będziemy pracować nad tym.
Przepraszam muszę kończyć bo obowiązki wzywają.
 pozdrawiam serdecznie Darz Bór!
Bogusław Piotrowski
aport koguta bażanta w wykonaniu CZORTA z Potockiego Matecznika

jak patrzę na zdjęcia CZORTA z Potockiego Matecznika, to tak jakbym widział swoją Pasję (ELBĘ z Wdeckiego Parku)... wykapana mamusia... w porównaniu  do swego brata wygląda równie obiecująco, przepiękna szata, może ciut krótsze ucho, za to o doskonałej budowie i muskulaturze... a co najważniejsze widać, że nie brak młodzieży "pasji po Pasji"...

galeria CZORTA z Potockiego Matecznika (link)